13.08.2008

Poniżej relacja NINy z koncertu Ministry:

 


04.08.2008

Półtora tygodnia musiało się wyleżeć na śmietniku, żeby ktoś się drzewkiem zainteresował...

 


23/27.07.2008

What A Wonderful World...

     Ale już taki nigdy nie będzie po zejściu Ministry ze sceny - jeśli wierzyć ich (a raczej teraz już tylko jego - jednoosobowego Ministranta - Ala) zapewnieniom - już nigdy nie nagrają płyty (pewnie parę "debestofów" lub koncertówek jeszcze trzepną, ale zero świeżych, studyjnych spontanów), ani nie wystąpią na żywo. Jak śpiewał Markowski: "Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść | Niepokonanym | Wśród tandety lśniąc jak diament" - przykro, naprawdę szkoda, że Alain już nie wydrze ryja z logiem Ministry w tle. Jedynym pocieszeniem (jeśli tak to można ująć) może, jak dla mnie, być to, że załapałem się na ich jeden z pożegnalnych koncertów trasy C U LaTouR 2008 (a dokładnie przedostatni, ostatni zagrali [mieli zagrać] w Dublinie). Ale po kolei...

     Wszystko zaczęło się tak bardzo dawno temu... Nie, nie 15 lipca, kiedy to odbyło się nieziemskie show, ale w 1981 roku, kiedy ja miałem 3 lata, Al już zaczynał. Ale co to były za początki? Patrząc teraz, to jakiś śmiech na sali - Shakin' Stevens(?), Kajagoogoo(?), Bananarama(?). Pierwsze lata działalności Ministry (Los Kubaneros) to elektro- i synth-pop, którego można naprawdę się wstydzić. Ale tak zaczynało wielu, wystarczy sobie przypomnieć Die Krupps i ich pierwsze nagrania, no i przede wszystkim Reznora z jego masakrystycznym Exotic Birds. Ale nikt tak jak Al nie poszedł do przodu z muzyką, zaczynając w ściekach gay-popu, a kończąc na totalnym thrash metalu - to się nazywa rozwój! Początki Ministry, o których sam Al chciałby na zawsze zapomnieć, usłane były różowymi pioseneczkami wydanymi przez Wax Trax! Records czy Beggars Banquet. Wczesne dokonania, takie jak "Cold Life" czy "With Sympathy", przeszły do legendy, ale homo-popu spod znaku Boya George'a (z którym, pod postacią jeszcze Culture Club, koncertowali). Zanim Al wydał album z nowoczesnym, oryginalnym brzmieniem, czyli "The Land Of Rape And Honey" założył supergrupę Revolting Cocks, która nie dość, że istnieje do dzisiaj, to przeżyje Ministry i zapewne pod tym szyldem będzie teraz Al cokolwiek wydawał. Ale jakże na przestrzeni lat zmieniał się skład RevCo, zresztą roszady nie ominęły także Ministry. I zapewne poznanie trzech wirtuozów muzycznych - Richarda 23 (Front 242), Nivka Ogre'a (Skinny Puppy) oraz Paula Barkera wpłynęło na inny nurt działalności Ministry. Jak z rękawa wysypują się kolejne projekty mniej lub bardziej industrialne, przytaczać nazw nie zamierzam - każdy siedzący jako tako w temacie je zna. I teraz już poszło z górki. Kolejne albumy industrialne i przede wszystkim gitarowe zalewają nie tylko Stany Zjednoczone, Ministry staje się kultowym zespołem po nagraniu "Psalm 69" w 1992 roku. Od tej pory są mega gwiazdą w tak popularnym w latach 90-tych rocku, czy też metalu industrialnym. Tyle, że za wszystkim idą kolejne zmiany składu, kolejne ćpanka, kolejne awantury, ale z drugiej strony... kolejne wybitne utwory i koncerty! Rotacja jest niesamowita, jedynie Barker może liczyć na stałe miejsce (jak sie później okaże - do czasu). W 1996 r. wydana zostaje płyta "Filth Pig" - jak dla mnie najlepsza płyta w ich dorobku i w ogóle najlepsza płyta, jaką w swoim życiu słyszałem! Tak naprawdę dopiero wtedy zaczyna się na poważnie moja przygoda z Ministry, bo wcześniejsze dokonania podeszły mi średnio. Dopiero na "FP" się zakochałem w nich, a teledysk do "Lay Lady Lay" uważam do dzisiaj za wzorcowy (tak jak i sam kawałek, przeróbka Boba Dylana, jakże inna i jakże ciekawsza od oryginału). Wtedy to Ministry miało najlepszy skład pod słońcem. Oprócz, oczywiście, Jourgensena i Barkera, "hip-hopowy" Hukic (jak on skończył!), i dwaj grubawi gitarzyści: Scaccia oraz Svitek. Ponadto Bufford na klawikordii. Perkusję okupował Washam. A później trasa "Sphinctour" udokumentowana także na DVD, jakże bardzo żałuję, że wtedy Ministry się nie pofatygowało do Polski! Ani ja wtedy nie wybrałem się chociażby za zachodnią granicę, gdzie koncertowali w tym optymalnym składzie... Ale nic co dobre nie trwa wiecznie... Jeszcze wydana 3 lata później płyta "Dark Side Of The Spoon" trzymała klasę, chociaż już było widać niepokojące szaleństwa Ala (saksofon!). W 2001 roku Ministry przypomniało o sobie pozytywnie współpracą ze Stevenem Spielbergiem przy jego filmie "A.I.: Artificial Intelligence", gdzie nie dość, że nagrali utwór na ścieżkę dźwiękową do tego melodramatu science-fiction, to na dodatek ich utwór "What About Us?" pojawił się w czasie filmu, i, co wiekopomne, singiel wraz z teledyskiem promowały tenże film! Tutaj jak na dłoni widać było powolny zmierzch dobrego, starego grania. Na clipie pojawił się, co prawda, jeszcze Adam Grossman (Skrew), ale przemknął przez Ministry praktycznie niezauważony, choć epizod w tym zespole na pewno może sobie zapisać do CV. 2001 rok obfitował jeszcze w "Greatest Fits", podsumowujący ich karierę - tą nowożytną. Potem już było tylko źle lub bardzo źle. "Animositisomina" z 2003 r. - klapa, nie ma się co nawet rozpisywać. Od tej pory Ministry z zespołu industrial-metalowego przeistoczyło się w zespół grający heavy metal bez sensu. Promykiem nadziei był "Houses Of The Mole" wydany rok później, ale "Rio Grande Blood" z 2006 r. to już był koniec Ministry. W ich dyskografii można znaleźć jeszcze przeciętny (a i tak to słowo napisałem na wyrost) "The Last Sucker" z 2007 r. i zupełnie niepotrzebny, tegoroczny "Cover Up". Teledysków w tym czasie nagrali jak na lekarstwo, skupiając się na wojnie podjazdowej z Bushem, stając się już totalnie politycznym zespołem - zamiast wszystkie myśli i siły kierować w stronę tworzenia muzyki, wybrali działalność pozamuzyczną - moja irytacja sięgnęła zenitu! W tym heavymetalowym chaosie można było dostrzec prawdziwą perełkę - "Rio Grande Dub" - fantastyczny remix-album, tak właśnie powinno Ministry grać!

     Tak więc z niemałą obawą jechałem na koncert, wiedząc, że prędzej mogę się spodziewać raka szyjki macicy niż utworów z "Filth Pig" czy "Dark Side Of The Spoon". Smutno trochę, ale akurat tamte kawałki do szybkiego grania, jakie teraz serwuje (serwowało) Ministry po prostu nie pasują - tak to sobie tłumaczyłem. A może tak jak wczesnych lat 80-tych, Al się wstydzi Brudnej Świni? Cóż, mimo powyższego, Ministry są dla mnie legendą za życia i należą do "świętej trójcy" - cokolwiek to znaczy, czyli: Marilyn Manson, Ministry i Nine Inch Nails. Każdy z tych zespołów muzycznie zszedł na dziwne tory - najbardziej NIN się popsuł, na których koncercie nie dane mi było nigdy być (w przeciwieństwie do reszty z trójcy). Aczkolwiek, jak tylko się dowiedziałem o koncercie Ministry w Polsce, nie było mowy, ażebym go sobie odpuścił! Gdybym nie miał kasy, to bym nerkę oddał, zastawił całą swoją rodzinę, a nawet porzucił dziewczynę, której nie mam - musiałem na nich być! Pierwszą wzmiankę o koncercie zobaczyłem na... Onecie. I to jeszcze jako numer jeden w dziale "kultura". Oniemiałem, bo jakoś z grafika ich trasy koncertowej zamieszczonej na oficjalnej stronie, nie wynikało, że się otrą o Polskę. Co jest grane? - sobie myślę. Dość sceptycznie podszedłem do tego info, mając na uwadze nie takie dawne lata, kiedy to już było zaklepane Skinny Puppy, a na KMFDM miałem już bilet! I wszystko w łeb. Obydwa koncerty nie doszły, niestety, do skutku, ale pocieszałem się tym, że miały się odbyć w Krakowie - nie postarało się miasto jako takie, bo KMFDM jednak zagrał, ale tylko jedno show i to w dalekim trójmieście. Na Białoruś już miałbym bliżej... Po zobaczeniu jakże szczęśliwego newsa zacząłem się interesować, czy aby to nie jest jakiś żart poprimaaprilisowy. Dzwoniąc do "Stodoły" dowiedziałem się, że jak najbardziej nie, i że już niebawem będą bilety do nabycia. I rzeczywiście, tak było, nie tak długo później via shortcut v0rg zakupił dwie sztuki - dla mnie i dla siebie - szczęście go znowu nie opuściło (kiedyś na występ Delight w Kielcach kobieta sprzedająca bilety wydała mu tyle reszty, że chyba nawet dopłaciła mu do nich - dobrze jej tak, sklep był chyba przedłużeniem Castle Party: gotami śmierdziało na kilometr). Zamiast dwóch sztuk przysłali mu... cztery! Co nie omieszkał zgolić nadwyżki na allegro po cenie kasowej. Tak więc nie dość, że swój bilet miał gratis, to dojazd wraz z przyjazdem miał za free. Trzeba mieć jebanego farta! Pierwsze, co zrobiłem po dostaniu w łapska biletu to skan i... wystawka na naszej-klasie! Tak, obciach jak jesionka, ale kto powiedział, że ja nie jestem obciachowy? No i zaczęły sie przygotowania mentalne do koncertu i gdybanie, czym lepiej jechać: pociągiem, autobusem, kosmodiskiem czy samochodem? Najtaniej z pierwszych dwóch środków lokomocji byłoby autobusem, więc już się dograło z v0rgiem godzinę odjazdu (13.30, jakiś przelotowy z Ałma-Aty) i zaczął sie przedkoncertowy amok od poniedziałku. Teoretycznie mogłem inaczej zrobić, bo akurat dzień przed koncertem miałem delegację w Warszawie ("co robisz z tą pompką do roweru?" "sprężonego powietrza mi zabrakło") i od biedy mogłem się na jedną noc tam zatrzymać, przekimać u brata, ale miałem jeszcze sporo rzeczy do zrobienia we wtorek, więc ten scenariusz definitywnie odpadał. Ale cofnę się jeszcze trochę, bo muszę! NINa, zajmująca sie od zawsze Fabryką Industrial Rock, zamarzyła sobie wywiad z zespołem. Ale to nie takie proste, bo na drodze stanęło wiele różnych materii - przede wszystkim rzesza polskich okołokoncertowców, którzy w żaden sposób nie chcieli pomóc jej i promować nie tylko przez koncert, ale też internetowe medium, Ministry. Zlewa totalna, więc ni mniej, ni więcej, NINa "uderzyła" wprost do zespołu, czyli do menedżera trasy oraz Sina Quirina, gitarzysty. I to był strzał w dziesiątkę! Dzięki nim mogła już mieć zabukowany wywiad z Jourgensenem i kim tylko chciała z zespołu, bo wiadomo, że z Alem to priorytet. Potrzebowała jedynie "kamerzysty", który by spisał cyfrowo obraz i dźwięk z tego wydarzenia i gdy mi taka fucha została zaproponowana, nie zastanawiałem się choćby sekundy, od razu się zgodziłem. Tak więc nie dość, że ziściło się moje jedno z marzeń (być na koncercie Ministry) to jako niewiarygodny bonus, mogłem sobie uścisnąć rękę, zrobić zdjęcie, czy zamienić parę słów z samym wielkim Alem! No, ale nigdy nie jest tak pięknie, jakby się chciało...

     W dniu koncertu, w godzinach przedpołudniowych, czyli tuż przed wyjazdem, doszliśmy z v0rgiem do wniosku, że nie ma sensu dymać jakimś Autosanem lub innym Inter-City (z Gosiewowa). Jeszcze do Warszawy niby wszystko ustaliliśmy, ale z powrotem... Jakoś nikomu z nas się to nie uśmiechało - mieliśmy w pamięci kosmiczny powrót z koncertu Marilyn Manson, wieki temu, gdzie na Centralnym koczowaliśmy kilka godzin, czekając na pociąg. Nie powiem, w miłym, a nawet bardzo miłym towarzystwie dwóch niewiast, ale jednak te godziny dały nam porządnie w dupę - i to dosłownie, o mało co nie dostaliśmy wilka. I miałoby teraz tak samo być? Nie, już jesteśmy za starzy na przystanek łudstock na dworcu... Czyli szybka decyzja - bierzemy auto, nie dość, że poręczniej, to taniej (srebrna strzałka na gaz) i nie trzeba będzie się tłuc z jakimiś baranami, którzy mówią głośniej, niż im leci Feel w "empetrójce". No i wyjechaliśmy ok. 14. Wraz z "PeDAłem", naszym nieocenionym gps-em, a że nie zamierzaliśmy szarżować, to cb radio zostało w bagażniku. Tym razem już nasz biedny Krzysio H. nie miał nic do powiedzenia, bo został zastąpiony przez milutki głosik kobiecy, który co jakiś czas nam wskazywał drogę, a nie, jak przez cb... dróżkę, bo (och!) jest długusi koreczek na światełkach do samiutkiej Warszawki! Obyło się bez przygód i na długo przed koncertem zameldowaliśmy się pod Stodołą. Zasiedliśmy na ławce i zaczęliśmy podpatrywać nadciągających Bałaganów, w koszulkach od NIN do Napalm Death. My, jak zwykle się wyróżnialiśmy w tłumie - na jakim koncercie metalowym by się nie było. Nigdy nie ubrani na czarno, raczej swobodnie, no i zero długich włosów - nasz wygląd przypominał zjazd Młodzieży Wszechpolskiej, na którym chcielibyśmy sobie trochę posiegheilować, aczkolwiek to nie był zły pomysł, jakby tak wrócić do młodości Ala i jego znajomości z Jello Biafrą i sobie podelandrejpić: pięć piw poproszę! Za jakiś czas pojawiła się NINa wraz ze swoim towarzyszem podróży, który niebawem zniknął tak, że dopiero po zgaszeniu świateł w Stodole, po wszystkich koncertach, go znowu spotkaliśmy. Kilka chwil na przyswojenie obsługi aparatu cyfrowego i... można pchać się do wejścia, forując sobie drogę presspassem Fabryki. A wywiad mieliśmy umówiony na kilka godzin przed godziną zero, czyli 21.00 - początkiem występu Ministry. Bramy miały zostać otwarte o 18.00, później koncert Suck4Suck, Agressivy 69 i gwiazdy wieczoru. Więc sobie kombinujemy: ile by nie trwał wywiad (kart mieliśmy na 70 minut video w miarę wysokiej jakości), to się zdąży na Agressivę 69 i, przynajmniej ja, zaliczę już ich trzeci koncert w życiu. I tak nic z tego nie wyszło, ale nie uprzedzajmy faktów... Tak stojąc sobie i czekając, aż się ktoś zlituje i nas wpuści, dołączyła do nas ekipa TVN-u, która zaczęła coś bredzić o TV Trwam, o tym, jak to są dyskryminowani, jak to mają przewalone w naszym kochanym kraju, itp. rynsztok. Okazało się ni mniej ni więcej, że para z TVN-u przyjechała tylko zrobić wywiad i relację z koncertu... Dick4Dick! Żenua! Tak nachalnie promowane gówno być już nie może. Ale co tam, z jednej strony się ucieszyłem, że nie wpadli pogadać z Alem - jakoś TVN mi bardziej pasuje do Boys czy Ich Troje (w kulisach sław TVN Uwagi) niż do Ministry. Więc państwo z TVN-u z profesjonalnym sprzętem udali się do już mniej profesjonalnego zespołu, a nas poproszono na tzw. "backstage". Przechadzając się tak, nie sposób było nie ujrzeć Tommy'ego siedzącego za stolikiem i pewnie już czekającego na wywiad. Ale, ale... Doszliśmy do miejsca przeznaczenia, czyli paru klitek z laptopami na biurkach, gdzie siedział menedżer Ministry przeliczając szmal. Przywitał się z nami i już za chwilę na posterunku wywiadowczym zameldował się Tommy V. z niewesołą dla nas wiadomością - nici z wywiadu z Alem! Podobno zaszył się w hotelu i do godziny koncertu nie miał ochoty z niego wyściubiać nosa, bo coś tam miał z głosem nie halo! Shit happens. No to mieliśmy trochę ograniczone pole manewru - na pierwszy ogień poszedł Tommy Victor, drugi był Tony Campos (trochę przypadkiem), a na sam koniec Sin. Szkoda Ala i Bechdela, z którym sobie chciałem pyknąć fotkę i podziękować za jego wkład w prawie każdy zespół z nurtu indu-metalu. Wywiady ogólnie się udały, chociaż co do jakości można mieć wiele zastrzeżeń. Dlatego, że ulokowani byliśmy w ciemnym pokoiku, w którym jarzyła się jedna lampeczka u góry, a na dodatek w trakcie ktoś pozastawiał okna od zewnątrz, więc już wtedy wiedzieliśmy, że szału z tymi wywiadami nie będzie. Na dodatek ja, jako "cameraman", nie mogłem znaleźć sobie optymalnego miejsca do kręcenia i wylądowałem ok. metra przed NINą, półleżąc, półsiedząc. Ale nie ma co narzekać - warunki polowe jak najbardziej, ale czego się nie robi dla Ministry. Tommy'emu się ucieszyła buźka, jak zobaczył co mam na koszulce - ogólnie przeprowadzone wywiady wyszły bardzo fajnie, każdy z rozmówców był gadatliwy, nie jakiś mruk - sympatyczni, weseli ludzie, zadowoleni z życia, czytaj: grania w Ministry. Sin nie tylko okazał się dobrym rozmówcą, ale jeszcze podrywaczem (sic!) - ale to już nie temat na relację. Zadowoleni (aczkolwiek nie do końca - Al, jak mogłeś!) i z lekka zmęczeni poszliśmy już w stronę hali, ażeby zobaczyć co też dzisiejszego dnia zmajstruje A69. A tu zonk! A69 właśnie kończyła swój gig! WTF? Ano się za chwilę okazało, że Agressiva grała jako pierwszy support, przed D4D! Dziwna sprawa, ale okey, jak się ma plecy D4D, to można zagrać nawet po Ministry! No to akurat nas bardzo zdziwiło, ale nie ma tego złego... Trochę ochłoniemy po wywiadach, zamiast ładować się od razu na A69. Bo koncert D4D nie interesował z nas nikogo, z tego co widziałem przed wejściem na płytę główną, to mało kogo. Spotkaliśmy tylko Jacka Tokarczyka, a później Tomka Grocholę. Oj, pogadaliśmy sobie z tym ostatnim dość długo, dowiadując się między innymi takich rewelacji, jak ta, że on jak się wkurwi to sprowadzi NIN do Polski! Bardzo proszę, ja mogę wkurwianie podjazdowe zacząć od zaraz! Też tego, że już nie przyjedzie do nas, do Kielc, bo mamy chujową salę do grania. Ależ jak to tak? Stołówka Politechniki Świętokrzyskiej, a na niej scena zrobiona z ławek, na których na co dzień żre papu cała wiejska gromada studenciaków, miałaby być chujowa? Wystarczy złapać na początku koncertu równowagę i dalej już poleci - trzeba ćwiczyć balans ciałem! No i tak sobie postaliśmy, wymieniliśmy ze sobą parę zdań, pośmialiśmy się, poklęliśmy na D4D i się rozeszliśmy - my na piętro łyknąć coś z procentami. Piwo lane 0,5 l. - 8 zeta, jeszcze bym cenę przebolał, gdyby nie to, że to była woda z domieszką (lekką) piwa. Dwa mi wystarczyły, żeby się zniechęcić. Po wypitym "alkoholu", można już było się zawijać pod scenę, wybrać sobie akuratne miejsce i czekać, aż Al i spółka zaczną łoić. Długo nie kazali na siebie czekać i paręnaście minut po 21.00 rozpoczął się, jak się później miało okazać, genialny koncert!

    
Zaczęli (wcześniej sobie leciał Nitzer Ebb z głośników) od intro: Revolting Cocks - Homo Song (I'm Not Gay), które wbiło w ziemię każdego! Ktoś gdzieś napisał, że to był jedyny moment koncertu warty uwagi - coś w tym jest, industrial wylał się z głośników na wszystkich, elektronika zabijała bębenki w uszach, a mechaniczny refren powalał na kolana. Aż nie mogę się doczekać najnowszego RevCo! Koniec intra, na scenę wypada załoga Ministry i zaczyna się. "Let's Go". Nic bardziej pożądanego nie mogło się znaleźć na początku koncertu. Rozpaliło wszystkich i wprowadziło strasznie nieziemską metalową atmosferę, która juz do końca nie opadła. Al bez gitary, przyklejony do statywu mikrofonu, który z każdą trasą koncertową ewoluuje w różne szatańskie widzimisię, z dredami (ciekawe czy naturalne?) daleko zwisającymi za ramiona, opaską na włosach, a nie jak czasami miał w zwyczaju na tejże trasie w jakimś cylindrze i okularkach. Z lewej strony szalejący, nienaturalnie podniecony Tommy Victor, wywijający swoją gitarą we wszystkie strony świata i dyrygujący publicznością. Mogłaby mu z ręki jeść - większy showman od Jourgensena, przeto tyle lat już frontmanuje Prongowi, że pewne kierownicze nawyki zostać musiały. Zaraz za nim, za keyboardem cudownie wymłodniały John Bechdel (aż się zacząłem zastanawiać, czy to aby on, naprawdę w tym świetle, z wreszcie ściętymi dokładnie włosami prezentuje się dużo korzystniej, niż za czasów chociażby "Cars" FF, czy starych dziejów Pronga - byłem w wielkim szoku i niedowierzaniu patrząc na jego młodzieńczy wygląd, jedyne co krzyczałem do ucha v0rga - "filmuj Bechdela!"). Na perkusji Aaron Rossi (czyli gość znikąd), ze skrajnej prawej Sin, na środku oczywiście Al, a Tony biegał od jednego końca do drugiego, jakby nie mógł sobie znaleźć swojego miejsca, ale przez rozpierającą go energię najchętniej by był gitarzystą, perkusistą, basistą i wokalistą w jednej osobie. Pierwsze kilka utworów przemknęło niepostrzeżenie, choć z wielką furią - wszystkie z "The Last Sucker". Szybko, głośno, metalowo. Tłum napoczęty i porwany do wspólnego szaleństwa z zespołem. Tommy wiódł prym w porywaniu publiki do skocznego uczestnictwa w koncercie. Ja sobie jeszcze wtedy leciutko podrygiwałem po lewej stronie Stodoły (podpatrując wariackie zachowanie zespołu), ale juz wtedy wiedziałem, że jak do końca koncertu nie ruszę stamtąd dupy, to będę miał efekt Pro-Pain - tydzień z głowy z nasłuchem w lewym uchu. Po szybkim, a jednocześnie brutalnym graniu, przyszła lekka odskocznia - kawałki z "Houses Of The Mole" - no i tu wreszcie mogłem się wykazać znajomością słów, to i się "pośpiewało" i poheadbangowało... Naprawdę, bardzo szybki koncert, bez zbędnych przerw, chyba, że akurat lecą jakieś gitarowe solówki, to Al wybiera się do alkoholowego stołu szwedzkiego - ciekawe, co też tam sobie przygotował? Po erze "Housesa..." nastał przegląd "Rio Grande Blood" z hucznie wyśpiewanym przez wszystkich "Senor Peligro" i teledyskowym "LiesLiesLies". Na telebimie za zespołem co i rusz pojawiały się różne postacie w kontrowersyjnych sytuacjach i pozach: od papieża, przez Busha, na Bin Ladenie kończąc. Show nieziemski, a kraty "oddzielające" publikę od sceny robiły wrażenie i cofały pamięcią do właśnie tego utworu, który za chwilę miał nastać - "So What"! Legendarny kawałek - w chwili powstawania i w pierwszych jego wykonaniach, nikogo, oprócz Ala, nie było w składzie Ministry, ale publiczność polska dokładnie go pamiętała, bo się zaczął dopiero wtedy totalny młyn i przygotowani byli już wszyscy na wysyp legendarnych songów. Poszło zgrabnie - najpierw "N.W.O.", później "Just One Fix", a na koniec "Thieves" - no i wtedy już i ja nie wytrzymałem, wbiłem się w tłum i do końca tam już zagościłem, nie bacząc na straty, jakie mogą być. Te cztery historyczne, i jakże charakterystyczne dla zespołu, kawałki odśpiewane przez całą rzeszę fanów były kwintesencją fantastycznego koncertu, który zbliżał się nieuchronnie do końca. Jeszcze tylko krótki odpoczynek, skandowanie przez wszystkich "MINISTRY!" i Al wraz z Bechdelem pojawili się, ażeby wykonać już ostatni kawałek tego wieczoru. Ale za to jaki! Pożegnalny z publicznością w Polsce i publicznością wszędzie - ten utwór będzie jeszcze długo brzmiał w sercach wszystkich, którzy kochają ten zespół. Którzy są mu wdzięczni za tyle lat wspaniałej bytności na scenie, za tyle utworów, które przejdą do legendy samej muzyki. Za to, że byli, za to, że zrewolucjonizowali muzykę, za to, że industrial-metal kojarzony będzie przede wszystkim właśnie z Ministry. Łezka w oku się kręci, ale przecież przez tyle lat działalności, Al i spółka niezliczoną ilość razy zachwycali wszystkich - będzie do czego wracać, choć już teraz ze stwierdzeniem na ustach: "to był zespół, niepowtarzalny!" Ale żyje się przyszłością, a ona to RevCo, z którego Al nie zamierza rezygnować - i chwała mu za to, bo jakby odszedł w muzyczny niebyt, to... w ogóle sobie nie wyobrażam takiej sytuacji, Al pewnie umrze za konsolą, z gitarą i butelką alkoholu w dłoni, ale muzyki nigdy nie porzuci!

    
Uff, nadszedł kres genialnego koncertu, a co za tym idzie, fantastyczny wieczór zbliżał się ku końcowi. Ponad półtorej godziny miazgi i game over. Koniec nie tylko koncertu, koniec Ministry! Jeszcze tylko jeden gig w Dublinie i, jeśli wierzyć Alowi, good bye Ministry, wszyscy zabierają zabawki i rozchodzą się do swoich macierzystych kapel. Szkoda, wielka szkoda. Ledwo stojąc na nogach, znalazłem v0rga i zaczęliśmy się zawijać do wyjścia. Nie to, żeby już pędzić na płatny parking i nie nabijać kolejnej godziny, ale żeby... spotkać się jeszcze z Sinem, który obiecał się pojawić przy "fantach" o 23.00. Słowny gość, był punktualnie! Ale NINa, żeby dobić się do (już nieoficjalnej) rozmowy z nim, musiała trochę poczekać, bo po koncercie nagle wszyscy zaczęli go kojarzyć i każdy chciał sobie zrobić z nim zdjęcie. Pewnie jedna trasa z Ministry bardziej wpłynęła na jego popularność niż lata spędzone w Society 1. Jeszcze tylko szybka wymiana zdań z Bodkiem Pezdą i... na nas był już czas. Odpoczęliśmy, ochłonęliśmy... wyschłem! Bo oczywiście mój pech dał o sobie znać! Po koncercie, chłopaki z Ministry zabawiali się w rzucanie otwartych butelek z wodą w publiczność (Panasewicz na tym kiedyś się przejechał) no i jedna z nich zmierzała właśnie w moją stronę, więc zrobiłem unik, który się okazał przedwczesny. Koleś stojący przede mną ją złapał, a cała zawartość plastiku wylała się na mnie! Więc skończyłem jako press-mi(ni)ster mokrego-prongowego podkoszulka. Ale co tam, raz się żyje! No i w autko, jeszcze szybkie siku po drodze, ojebany schabowy z frytkami w restauracji całodobowej i ok. 3 w nocy zameldowaliśmy się kwadratowo na chatach. Reasumując: koncert zajebiście udany, jeden z najlepszych na jakich byłem, Ministry dało w palnik, szkoda tylko, że zmiażdżyli Stodołę jedynie gitarowo, elektronika się ledwo co przebijała. Do minusów można zaliczyć brak wywiadu z Alem i nieobecność na A69, reszta tylko plusy i plusy. Jestem jak najbardziej zadowolony z wypadu! Dziękuję Ci, Al, za ten niepowtarzalny wieczór, niech żyje łomot!
ps. w sumie mogłem nie kupować biletu na Ministry, zaraz po wpuszczeniu nas, jako przedstawicieli elektronicznych mediów (nie sprawdzając nam wejściówek biletowych) zaszyliśmy się z zespołem i resztą obsługi, a po wywiadach nikt już nie sprawdzał nam owych biletów :)

Pełna tracklista wtorkowego koncertu:
01. Let's Go (The Last Sucker, 2007)
02. The Dick Song (The Last Sucker, 2007)
03. Watch Yourself (The Last Sucker, 2007)
04. Life is Good (The Last Sucker, 2007)
05. The Last Sucker (The Last Sucker, 2007)
06. No W (Houses Of The Mole, 2004)
07. Waiting (Houses Of The Mole, 2004)
08. Worthless (Houses Of The Mole, 2004)
09. Wrong (Houses Of The Mole, 2004)
10. Rio Grande Blood (Rio Grande Blood, 2006)
11. Senor Peligro (Rio Grande Blood, 2006)
12. LiesLiesLies (Rio Grande Blood, 2006)
13. Khyber Pass (Rio Grande Blood, 2006)
14. So What (The Mind Is A Terrible Thing To Taste, 1989)
15. N.W.O. (Psalm 69, 1992)
16. Just One Fix (Psalm 69, 1992)
17. Thieves (The Mind Is A Terrible Thing To Taste, 1989)
18. What A Wonderful World (Cover Up, 2008)

W porównaniu do tracklisty z amerykańskiej części trasy zabrakło dwóch utworów:
*. Just Got Paid (Cover Up, 2008) - cover ZZ Top
*. Roadhouse Blues (The Last Sucker, 2007) - cover The Doors
Obydwa wykonywane na koncertach wspólnie z Burtonem C. Bellem (Fear Factory) i były grane tuż przed wieńczącym całe show "What A Wonderful World".

Skład zespołu z warszawskiego koncertu:
*
Al Jourgensen (wokal, gitara) - aktualnie w Revolting Cocks; po zakończeniu działalności Ministry, Al ma się zająć produkcją w 13th Planet Records,
*
Tommy Victor (gitara) - Prong,
*
John Bechdel (klawisze) - aktualnie... trudno powiedzieć, może... wszędzie, gdzie industrial z metalem się spotyka? a na poważnie: Ascension Of The Watchers - projekt Burtona C. Bella z FF,
*
Sin Quirin (gitara) - Revolting Cocks, niegdyś w Society 1,
*
Tony Campos (bas) - Static-X, dokooptowany do zespołu po śmierci Paula Ravena,
*
Aaron Rossi (perkusja) - Prong.

Poniżej fotorelacja z koncertu - fotki by v0rg - many thx!

AGRESSIVA 69


MINISTRY






Foto by Kerulet + Sony Ericsson K800i





Bonusik:
Rockmetal.pl - galeria zdjęć
Rockmetal.pl - relacja


19.07.2008

Kilka słów wyjaśnienia. Protoplastą tejże strony, jak nie trudno się domyślić, jest już "legendarna" industrial.prv.pl (z której zawłaszczyłem stary layout oraz księgę gości), ale domena, a raczej alias prv.pl to sobie można wsadzić wiadomo gdzie, więc postanowiłem przenieść ją na prawdziwą domenę [kerulet.pl] ażeby wraz z nowym serwerem na stronę pozbyć się wkurwiających reklam - bocznych, górnych i kto tam wie, jeszcze jakich (w zależności od stopnia blokowania ich przez przeglądarkę). Jakie są założenia tejże strony? Na początku miałem uruchomić coś w stylu industrialnego bloga połączonego z portalem randkowym, ściśle współpracując z kołem wędkarskim. Ale to chyba nie był najlepszy pomysł... Tak więc pomijając zasady, jakimi się na tej stronie będę kierował, znajdzie się na niej to... co będę uznawał za słuszne ze swojego punktu widzenia, bo przede wszystkim robiona jest ona z myślą zabicia czasu (którego i tak nie mam za wiele). Na początek relacja + tzw. extrasy z koncertu Ministry w Stodole 15 lipca tegoż roku. Na dzień dzisiejszy tylko cztery zdjątka, na jutro postaram się przygotować relację i dorzucić coś jeszcze.



08.06.2008

Na starość jednak człowiek głupieje. Zamiast interesowania skupić na założeniu rodziny, tudzież na spokojnym popijaniu piwka przed ekranem TV, to nie, trzeba sobie komplikować życie i naprędce coś wymyślać. Tym razem zaczęło się w piątek od przeczytania (a raczej przypomnienia sobie) na Onecie, że dzień później w Krakowie zagra Pro-Pain. Od tego czasu do podjęcia decyzji o wyjeździe minęło raptem parę godzin i zamiast oglądać ME, to teraz skupiam się na podliczaniu strat. Co prawda nie są one wielkie, ale... Ciekawe kiedy wróci mi normalny słuch w lewym uchu i kark przestanie sztywnieć... Co do koncertu... Gary bujał się po klubie w czasie gdy supporty próbowały cokolwiek zagrać, a kiepsko im szło tego dnia bardzo. Dopiero gdy Gary i jego załoga wkroczyli na scenę zaczął się prawdziwy koncert. Ba, koncert rewelacyjny, nieziemski show! Chłopaki z P-P dali czadu, a ja nie żałuję, że akurat w tym czasie byłem tam, a nie przed TV z piwkiem w ręku oglądając jakieś durne mecze. Szkoda tylko, że w tym roku jeszcze tylko trzy imprezy będą dla mnie ciekawe w jakiś sposób. Oczywiście priorytetem będzie koncert Ministry, ale też wypadałoby być na urodzinach Vadera no i też podołować się 14 sierpnia przy Neurosis. W każdym bądź razie dzisiaj jest dzień piwka i kolorowego pudełka, bo grają nasi, i tylko wypada się "modlić", ażeby Polacy nie zagrali jak np. dzieciaki z Drown My Day (very kulawo), ale żeby Żurawski i Smolarek pociągnęli dzisiaj tak, jak wczoraj Meskil z Klimchuckiem. Do zwycięstwa!

 


ARCHIWALNE NEWSY 2017
ARCHIWALNE NEWSY 2016
ARCHIWALNE NEWSY 2015
ARCHIWALNE NEWSY 2014
ARCHIWALNE NEWSY 2013
ARCHIWALNE NEWSY 2012
ARCHIWALNE NEWSY 2011
ARCHIWALNE NEWSY 2010
ARCHIWALNE NEWSY 2009