|
Jak co roku, pod
jego koniec, podsumowuję sobie swoje życie koncertowe minionych
365 dni, bo już Boże Marudzenie za nami, choinka ubrana, toaleta
obsrana, można zacząć celebrować nowy rok! A stary był
szczególny, gdyż praktycznie na początku października moja
aktywność się zakończyła, a to wszystko przez przymusowy pobyt w
Tworkach, niestety. Broniłem się przed tym, gryzłem, drapałem,
szczypałem (czym utwierdziłem drugą stronę w przekonaniu, że mi
się należy) - wyrok został jednak wykonany, a mnie osadzono w
izolatce czteroosobowej. Nie było tak tragicznie, jakby ktoś
sobie mógł pomyśleć, mieliśmy na oddziale Michaela Jacksona,
który podrywał, o dziwo, jedynie starszą klientelę, 60+. Był też
Tommy Hitlerfiger, Rysiek z Ku Klux Klanu, Bruce Lee Shy, Łupież
Goldberg, Kingsley (nar)Coman, Poncyliusz Piłat, Glut Skywalker
i - najoryginalniejsza postać - Aleksander Kwaśniewski.
Oczywiście to nie był on, dla ścisłości. Codziennie o 17.00 PM
prowadził odczyty popularnonaukowe, a przynajmniej tak mu się
wydawało. Dopiero po jakimś czasie się dowiedziałem, że "za
normalności" był osiedlową złotą rączką, ale odczytem się już
wtedy parał. Tyle, że to były cyferki na wodomierzu... Bardzo
fajne zabawy tam poznałem, że przytoczę kilka nazw: "pocałuj
żabkę w kuciapkę", "harosze kalosze", "cogito ergo srom", "srała
baba w mak", "co by tu... włożyć do odbytu", "aby życie miało
smaczek, raz dziewczynka, raz Tomasz Raczek", "weź uzi do buzi",
"włóż albo przewóz" oraz "Sesame Squirt", ale o ich szczegółach
nie będę tu pisał. Jednakże każda z powyższych gier była warta
cieczki...
Dość obszerny wstępniak i jak to z życiorysem Jana Himilsbacha,
który on sam go przedstawiał, w zależności, kto pytał, to była
różna jego wersja. Pora na clou tego wpisu, czyli same koncerty,
a zacznę od słowa: kulinaria! Disposable Soma na dwóch
występach, na których miałem przyjemność być, uraczył wszystkich
nalewką (za to w domu skończyłem już dopijać zapasy zrobione
prze ojca, tyle było tych nalewek z agonii, że mało co się nie
przekręciłem). Za to na MS (Michał Stawiński) Oberschlesien były
ciasta prosto z blachy, własnej roboty (tak się domyślam). Jedną
ręką filmowałem, a drugą pałaszowałem sernik. W ogóle to był
jeden z najdziwniejszych koncertów, na których byłem. Michał,
który ma za sobą różne uzależnieniowe przejścia, pod koniec
występu ogłosił, że... to jest jego ostatni koncert i odchodzi z
zespołu! Raczej to wszystko nie było ustawione (vide: zdziwienie
reszty zespołu), bo w tym samym czasie jego partnerka wskoczyła
na scenę i kazała mu kategorycznie odwołać swoją decyzję! W
pierwszej chwili sobie pomyślałem, że to jedna z wielu dram
rodem z kanału TLC, ale po późniejszym pogadaniu z Michałem i
jego partnerką, popstrykaniu sobie wspólnych zdjęć, doszedłem do
wniosku, że to jednak wzruszające było i chwytające za sernik...
Za serce! Ach, mi się jednak ten show będzie już zawsze kojarzył
z wypiekami (na twarzy). Tak w ogóle to polecam Netflixowy show
kulinarny "Czy to ciasto?" - dla mnie bomba! A wracając do MSO -
chyba się wszystko rozeszło po kościach, bo widzę, że nadal
funkcjonują i chyba mają się dobrze. Ten koncert nie poszedł na
YT, bo jak mi zaczęło przy każdym praktycznie tracku wywalać
copyrighty, to albo bym wrzucił ze dwie pełne piosenki (łe, jak
to brzmi: PIOSENKI!), a reszta na wyciszeniu, albo... Dałem za
wygraną i jest on tylko na moim dysku, jak już spora liczba tzw.
półkowników (pozdro dla kumatych), czyli nieupublicznionych full
setów lub zdjętych z YT, niekoniecznie z własnej woli. Za to od
pewnego czasu, w mojej ulubionej przydworcowej budzie w Krakowie
"U Szwagra" (naprawili wreszcie schody ruchome, po tylu latach!)
zrezygnowano z plastikowych sztućców, przerzucając się na
drewniano-papierowe. Ja rozumiem bycie eko, ale tym się nie da
jeść niczego, a że ja tam praktycznie tylko frytki zamawiałem,
to prędzej mi było je nabijać na rękojeść. Tak więc do Krakowa
zacząłem jeździć z własnymi widelczykami plastikowymi, co
ekspedient zawsze z uśmiechem się mnie pyta, czy takowy
posiadam. W Warszawie przy dworcu zachodnim działa restauracja
(szumna nazwa) azjatycka. W sensie prowadzą ją Azjaci, ale menu
w większości przypadków jak najbardziej tradycyjne, polskie:
kurczak, kaczka, pies. I tam też już mnie dobrze znają, że jeśli
ja coś kupuje, to są to zawsze frytki z ketchupem, ewentualnie
jeszcze cola. Tam przynajmniej z plastików nie zrezygnowali, a
ja już tak jestem popularny, że pewnego razu, jeszcze dobrze nie
przekroczyłem progu, a zza lady już słyszałem okrzyk w moją
stronę: "fritki z keciupem?" Tyle, że znaleźć tam miejsce do
spokojnego zjedzenia, szczególnie zimą, graniczy z cudem. Bo to
przecież w ciepełku lepiej poczekać (a poczekalnia jest rzut
beretem stamtąd) - kupić colę i siedzieć przy niej pół dnia,
albo w ogóle rozbić biwak, a jak się ma pociechy, to iść na
całość: poproszę wodę niegazowaną, siedem kubków i mam jeszcze
pytanie: czy mogę rozwiesić park linowy, bo autosan do Brześcia
mamy dopiero jutro po południu, a muszę czymś dzieciaki zająć?
Tak w ogóle to czekam na jakąś awanturę, scysję i ogólnie
zamieszki jedzących z koczującymi, bo tak dalej być nie może!
Ja, wiadomo, po której stronie stanę, i nie zawaham się użyć
widelca! Zastanawiałem się przez moment, w tej jadłodajni
azjatyckiej, jakbym trafił za ladą na kogoś, kto mnie nie zna i
szybko wypalił: FRYTKI RAZ DWA, to by sobie ten ktoś pomyślał,
że zamawiam dwie porcje frytek, czy jedną, ale migiem?! W
krakowskim pubie Chicago za to nie mogłem się w ogóle dogadać z
barmanem zza Buga co do piwa, którego bym się napił (nasza
konwersacja miała taki sens jak obnażanie się przed niewidomą,
więc lepiej od razu przejść do porządku nocnego). Tak myślę, że
jakbym przeskoczył bar, chwycił Książęce Czerwone, otworzył je i
czekał na możliwość zapłaty, on by się nadal krzątał w
poszukiwaniu piwa, którego bym się napił. Na dodatek dość
ostentacyjnie otwierał zakapslowane butelki, że jeden raz o mało
co nie dostałem nakrętką w czoło. Z piwem to była też ciekawa
historia w Hydrozagadce, choć chyba już porzucili ten durny
pomysł. Jak wiadomo, palarnia jest na zewnątrz i żeby sobie
zakurzyć, trzeba opuścić lokal, wcześniej dostając pieczątkę lub
opaskę, by móc wejść z powrotem. Ale ktoś wpadł na pomysł, że
okey, ale gdy masz piwo (w butelce, w ogóle szacun, że nie ma
musu przelewania w plastikowy kubek) i chcesz wyjść na dymka,
to... hejże hola! Albo zostawiasz piwo przy wyjściu, albo...
przelewasz zawartość do ustawionych jednorazowych kubków
plastikowych, i wtedy możesz wyjść. Ciekawa koncepcja,
szczególnie, że obok są Chmury (ten sam właściciel) i tam
takiego rygoru nie ma! No, ale w Hydro zakumplowałem się z
jednym z ochroniarzy i mogłem bez przeszkód wychodzić z butelka
na zewnątrz, tak jak to było wcześniej. A ten cały cyrk
spowodowany jest podobno tym, że dużo szkła się walało po
koncertach, często rozbitego, na podwórku przez klubem. Ja nic
takiego nie zauważyłem - w Chmurach są bardziej ogarnięci
klienci, lepiej wychowani? Ale hit to był dopiero na WIF
(Wrocław Industrial Festiwal)! Już pisałem o tym w listopadzie,
bo to nawet nie na wkurwie było, tylko na bece. Piwo było jak
rok wcześniej, ale doszła kaucja. I w sumie to też nic
nadzwyczajnego, bo np. w Krakowie to już jest powszechna
praktyka, ale tutaj to był dopiero majstersztyk. Za alkohol
można było zapłacić i gotówką i kartą, ale kaucja (10 PLN) już
była do zapłaty jedynie w gotówce. Konsternacja zagranicznych
widzów (Czesi i Niemcy są tam w większości) powodowała
gigantyczne kolejki i niezrozumienie. Co prawda można było
ominąć kaucję gotówkową i zapłacić ją kartą, ale wtedy już ona
traciła ważność i była tylko dodatkiem finansowym do piwa. Można
było sobie już ten kubek wziąć do domu - taki sam, jakie w
Krakowie mają z kaucją 5 PLN, ale we Wrocławiu już 10 PLN. Ale
to i tak nie był szczyt kosmicznego kosmosu, bo jak wysupłałeś
jakimś cudem te 10 PLN, to dostawałeś jeszcze zielonego coina,
który był w parze z kubkiem - później musiałeś mieć komplet,
żeby zwrócono Ci kaucję - sam kubek, lub sam coin powodował, że
kaucja przepadała. Powinni jeszcze tasiemki na szyję rozdawać,
ażeby już było combo przy zwrocie kaucji. Ja sobie tak to
tłumaczyłem: żeton wsadzamy do odbytu, kręcimy chujem pięć razy,
jak wypadną dwa sine jajka to kolejne piw... Wróć! Kolejna
kaucja gratis! Pod tym kątem, jak to się dawniej mówiło:
organizacyjnie Stal Mielec (choć sam WIF, czyli koncerty, prima
sort!). Marnym pocieszeniem był ostatni dzień WIF-u, niedziela,
tzw. polski dzień, gdzie barmanka mi zakomunikowała, że
"niestety, dzisiaj nie ma kaucji". Niestety... Pozdrawiam kolegę
od zwierzątek, czyli małpek z Żabki - jeśli to czyta, to wie o
kogo chodzi. Na koniec tego wątku jeszcze wspomnę o zespole
Whitedemon z Hiszpanii, który gościł w Kielcach. Zaciekawiła
mnie aranżacja ich koncertu, bo co chwila wokalistka zeskakiwała
ze sceny, znikała gdzieś i się znowu pojawiała - myślałem, że
może się przebiera, dojada rosół na backstage'u, czy może jest
pora karmienia zwierzątek na farmie online, a prawda okazała się
banalna: zatruła się dzień wcześniej kebabem w Krakowie i latała
do toalety!
Tak w ogóle to powinienem zacząć od listy zespołów, które
zaliczyłem (bez dwuznaczności!) w 2024 roku. I oto ona
(alfabetycznie):
0%Mercury
1914
Ab Intra
Agarwaen
Agima Sun
Allarme
Alpha Zero x 2
Aluk Todolo
The Analogs
Angelcrypt
Archaic
Ariadne's Thread x 2
arottenbit
Arta Humana
As We Fucked
Asperatus x 2
Autoscopy x 2
Bad Sector
Banisher
Belmondo
Big ‡ Brave
Blac Kolor
Black Mynah
Black Star Mantra x 3
Blady Kruk
Body Void
Bohren & Der Club Of Gore
Borderline Bob
Borknagar
Bracco
Brighter Death Now
Burden x 2
Burning Sky
Caladria
Calamaze
Campa
Caro Mane
Chaingün
The Chisel
Cindytalk
Clairvoyance x 2
Combichrist
Condemned-AD
Coramine
Cozy Moss
Cradle Of Filth
Creeping Fear
Crypta
Cryptworm
Curses x 2
Czarny Bez x 2
Czerń
Dark Side
Data Corrupter
Datura x 2
Deadline x 4
Death Addict Society x 2
Death Has Spoken
Delayed Schedules
Derwana
Desiderii Marginis
DethOps x 2
Diatrema
Disposable Soma x 2
Distant Dream
Double Darkness
DRIFT
Dust
Duszno
Duy Gebord
Dying Wish
Dystopian Control x 2
Earth Crisis
Ekoa
Errorxism
Escape From Warsaw
Ethelyn
Eversis
EXA
Exessus
Eye Flys
Fall In Up
Fear Lab
Fifth Column
Filter
Final Gasp
Fleshcold
Fractal
Frailty
Frightful
From Today
Furia
Furminator x 2
Gaahls Wyrd
Ghostkid
Gluttony
God Dethroned
Goofy Ginz
GOZD
Grief, Christ x 2
Grimoire
Grób
Hallbar
Hanzo Hasashi
Headsic
HellRose
Herzoga
Hollywood Rose
Hostia
House Of Piru
Hubris.
Hukoskop
Illumishade
Illusion Of Safety
Imperial Sin
In2Elements
Infearnite
Infected Rain
Inmaze
Inner Sanctum
Inverne x 2
Iron Head x 2
It Follows
iwouldcutmyhands
Jantar
Kee Avil
KEstrella
Klangor
Kollaps
Kondratie
Królówczana Smuga
Księżyc
Kuthi Jin
L.U.C.A. (Last Universal Common Ancestor) x 2
Lana Del Rabies
Landscape Of Souls
Larmo x 4
Las Trumien
Last Penance
Lastborn x 2
Lavina
Leprozorium
Likho
Line Of Dead
Lunacy x 2
Lustmord + Karin Park
Luty
LWSTNDRDS
M.A.C. Of Mad
Maciej Ożóg
Madball
Martyrmachine x 3
Mastemey
Master Boot Record
MatraK AttaKK
Michał Stawiński Oberschlesien
Miernik
Milczenie x 2
Mindwar
Misguided x 2
Miyasis x 3
Mnich
Moira x 2
Monada
Moriah Woods
Morrath
Murderpact
My Heart In Atrophy x 2
Nakkeknaekker
Napieprzanko
Necrosodomistical Slaughter
Nenufar
Nervosa
New Disorder
Nitoa
Nitro Punch
Noise River
November Might Be Fine
Nuclear Venom
oDLoT
oldmold
The Other Place
Overflow
Pale
Pale Path
Pandemic x 2
Pharmakon
Pilori
Plaguemace
Pleśń x 2
Porosty
Pokusa
Post Modern Therapy
Praise The Sun
Pray For Plagues
Prayer Transmitter
Prey Of Monsoon
Protect This City
Pure Bedlam
R.I.P.
Raison D'Etre
Rascal x 2
Real Trvth
Renonce
Riotmiloo
Rope Sect
Rosary
Rotting Christ
Rycerzyki
S.T.A.B. Electronics
Sacrimonia
San Quentin
Scaregod
Schröttersburg
Scowl
screensaver
Searing Lightning x 2
Semprah
Seraina Telli
Serotonin Zero
Seth
Setyoursails
Shagreen
Sick N' Beautiful
Sieben
Sighs Of Death x 2
Six Steps Forward x 2
SKAcowani
Skov
Slaves Of Imperium
SLPWK
Smoleńsk
Sonar
Source Of Mary
Stacja B.
Sun No More
Sunami
Sunday At 9
Sutcliffe No More
SuteneR
Symbolical x 2
Synapsa
Sznur (1) x 3
Sznur (2)
Taczka Żwiru
TFJR
this.
Three Eyes Of The Void x 2
Thus It Ends
Toń
Toughness
Trepaneringsritualen
Truism
Twin Noir
Tyko Ching
UKĆ
Uncarnate
Vailos
Visions Of Atlantis
Void Spectrum
Wednesday 13
Weedumb
Whalesong
Whitedemon
Within Destruction
xDZVONx
Xeno & Oaklander
Xitocin x 3
Yanari
Years Of Denial
Yell.
Zamilska x 2
Zespół Sztylety
Złudzenia
Zoviet France
Jak widać, liderami są Larmo i Deadline, na których byłem po
cztery razy. Na Deadline byłbym po raz piąty, na ich XX-lecie
istnienia, w Tychach, ale jednak nie dojechałem. Na plus, że
akurat oni zagrali w Kielcach, a Mirek nie. I jak zawsze, raz
było fajnie, raz fajno, innymi razy fajowo, a czasami fajniej
mniej, ogólnie przebogaty rok w koncerty, a mogło być jeszcze
lepiej gdyby nie październikowa zapaść (no dobra zdradzę, już na
poważnie, co się stało: wpadłem w spiralę chorobową, a przez
ponad pół wieku to ja byłem bardzo okazyjnie u lekarza; raz to
był udar, dwa razy HIV, trzy razy ospa, cztery razy po dwa
razy... a teraz się posypało wszystko "dzięki" przeziębieniu).
Na każdym z nich polowałem oczywiście na merch, ale już nie na
koszulki/bluzy/czapeczki, bo musiałbym dokupić co najmniej
jeszcze jedną szafę, ale na płyty CD (kolejny regał zawsze można
dostawić), bo winyle trochę słabo się targa do Kielc, a złożyć
tego nie idzie. Na Madball nie było chętnego do sprzedaży przez
dłuższą chwilę, a na Rotting Christ (mając duży zapas czasowy,
wybrałem sobie inną drogę do Hype Parku, która prowadziła
przez... cmentarz - idealne nastrojenie przed koncertem, ale
dobry humor zgasł, jak się okazało, że trzeba było znaleźć
otwarte wyjście z tej nekropolii, a to już takie proste nie
było; następnym razem już nie będę kombinował, tylko kierował
się EKG, czyli głosem serca... Specjalnie sobie wyszedłem w
środku ich koncertu, aby coś zakupić nie stojąc w gigantycznej
kolejce przed i po koncercie. Ale nie było mi dane (może nie
miałem wyjebane?), gdyż się okazało, że podczas koncertu RT nie
ma sprzedaży na ich stoisku! Jakby sam Sakis obsługiwał ten cały
kram. Nie, to nie, nie chcieli zarobić, przynajmniej na mnie, to
trudno. Sporo osób obeszło się smakiem, bo zastosowali podobny
manewr do mojego, a po ich występie, znowu nawałnica na merch,
tyle że mi się już nie chciało dopychać. Dziwne podejście, jak
na tak znany zespół. Filter przywiózł do Polski dwie koszulki i
bluzę. Z braku laku jednak t-shirt zakupiłem, ale spodziewałem
się dużo więcej. Pewnie wcześniej ich reszta merchu zeszła, no,
ale trzeba być przygotowanym na takie ewentualności. Przy
KEstrelli przydała się gumka recepturka (moje stałe
wyposażenie), bo dostałem zdjęcie z jej podpisem, więc w rulonik
i do domu. God Dethroned przywiózł do Krakowa masę płytek CD, w
cenie 40 PLN - i to jest bardzo uczciwa cena! Przed nimi
występował Archaic - Węgrzy przywieźli na sprzedaż nawet sosy,
bodajże w czterech smakach - na Madballu (na stoisku jednego z
ich suportów, nie pamiętam już którego) można było nawet
deskorolkę zakupić. Plaguemace, które grało pomiędzy Hostią
(swoją drogą trochę słabo, że zaczęli na bramce w Proximie
wpuszczać z 15-minutowym opóźnieniem, a po drugim kwadransie już
Hostia zaczęła grać - zgodnie z rozpiską - co większość i tak
jeszcze się boksowała na bramce) i Cryptą, obdarowało mnie
plakatem, jakimiś innymi gadżetami, dziękując, że byłem na ich
koncercie i zapewne jestem ich wielkim fanem. A to nie do końca
prawda, gdyż po Hostii zawinąłem się z kumplem do salki dla
palących (duży plus w Proximie, że nie trzeba marznąć na
zewnątrz, podobnie jest w klubie RE, za to w klubie VooDoo już
ta atrakcja się skończyła - wyburzyli aneks dla palaczy,
powiększając na Stage 1 płytę przed sceną), więc nam tylko
gdzieś w tle grał Nakkeknaekker i Plaguemace, ale przecież nie
będę narzekał. Za to kupując płytki Eye Flys (wydanie
kopertowe), jedna z nich się skleiła, dopiero w domu zauważyłem,
że mam zdublowany jeden z tytułów, co nim obdarowałem kumpla. Na
Cold Meat Industry Night był tak drogi merch (płytki Brighter
Death Now za ponad 100 PLN), że tylko się odwróciłem na pięcie i
skończyłem zakupy na cd-kach Desiderii Marginis. Frightful
natomiast zawinął się z merchem jeszcze przed końcem wszystkich
koncertów (a to sporo kapel tak robi, że zagrają swoje i adios),
więc także nie podreperowałem stanu ich portfela. Angelcrypt
przywiózł kolekcję koszulek z ubiegłego tournée, więc można by
rzec, że trochę słabo, ale... zeszli z cen do 60 PLN za t-shirt,
więc to już była jak najbardziej słuszna cena. W ogóle przed ich
koncertem w pobliskim kościele (kij wie jakiego wyznania), ktoś
rozpylił gaz pieprzowy, więc było w tym dniu więcej atrakcji.
Inner Sanctum w Kielcach miał naklejki w cenie 5 PLN - zazwyczaj
jest to zawsze za darmoszkę, ale może też za wspólną fotkę
kazaliby sobie zapłacić. Zamilska już tak wywindowała ceny za
koszulki i bluzy, że odpowiednio kosztowały one (w piku) 120 i
210 PLN. A HellRose, ogromny plus dla nich, że w ogóle dojechali
do Kielc, co prawda w niepełnym składzie (choroby) - innym by
się nie chciało, ale oni nie dość, że dali radę, zagrali set
lekko akustyczny, w obsadzie jaką mieli, a na pocieszenie dla
widzów zrobili z tego tytułu darmowy wjazd. Ogromny szacun!
Postawa godna naśladowania, ale to jednak wyjątek, bo nawet nie
zliczę odwołanych koncertów. W krakowskim Kwadracie ubzdurali
sobie, że będą konfiskować... markery, które mam zawsze przy
sobie, w razie gdyby zespoły nie miały ich pod ręką, a chciałbym
jakiś ich autograf. Zazwyczaj są przygotowani i znajdą na szybko
coś do sygnowania, ale czasami jest tak, że po kilkuminutowych
poszukiwaniach przypałęta się tylko czarny zakurzony marker, a
płyta plus książeczka właśnie w takowym kolorze jest. Dlatego,
ja mam kilka barw w mojej podręcznej sakwie, ale w Kwadracie
chcieli mi je po prostu ordynarnie zajebać. Bo, jak to
tłumaczyli, być może mnie najdzie ochota na mazanie nimi w
kiblu, a tam akurat dopiero co nowo pomalowany szalet! Really?
Może jakbym miał 25 lat mniej, to bym o tym pomyślał, ale teraz?
Skończyło się na czasowej konfiskacie, tzn. zostawiłem je w
szatni, uprzednio robiąc im zdjęcie i z nim mogłem je po
wszystkich koncertach odebrać. Polecam następnym razem zwracać
uwagę na paznokcie widzów i anektować klucze. Przecież zawsze
jakiś mądry inaczej może wydrapać w kiblu swoje imię i nazwisko
wraz z peselem i znakiem zodiaku. Ja już miałem ochotę się tam w
tym przybytku zesrać i pierdolnąć brunatny fekalny napis NIN -
byłby adekwatny do tego, co przez ostatnie dwie dekady tworzy
Reznor. Ciekawie było też w kiblu na WIF-ie. Normalnie jazda
figurowa na moczu, prawie wywinąłem poczwórnego pee loopa, a
największe zaskoczenie tamże? Otwieram drzwi od kabiny, a tam...
pisuar! Nie srać, zwiedzać! Oprócz wątpliwych atrakcji kiblowych
(tutaj ogromny plus dla Klubu Studio - niezliczona ilość kabin i
pisuarów w męskim, plus trzy bary, jadłodajnia, ogólnie to
najlepsze miejsce na świecie, ażeby nie tylko koncert zaliczyć,
ale tez i posiedzieć przed i po w normalnej atmosferze,
5-gwiazdkowy luksus) przydałoby się jakoś klimatyzować
pomieszczenia ze sceną, bo nawet kilka wiatraków i otwarte okna
w szczycie upałów gówno dają. Niechlubnym przykładem jest
krakowski Klub Baza - z Moiry lało się jakby wody płodowe
właśnie jej odeszły, a Serotonin Zero... Wokalista w pewnym
momencie śpiewał kucając, bo jakby wstał, to mu łeb by ujebał
gorąc przy suficie. Normalnie Madison Skwar Garden. W Woolturze
ostatnio chciałem przycwaniakować i nie zostawiać kurtki w
"szatni", czyli na wieszakach umiejscowionych na ścianie. Niby
już to przerabiałem w wielu klubach, np. w Pubie 2KOŁA, gdzie mi
polecono "jebnąć bluzę na którąś z sof", ale w Łodzi przy
wejściu zapytałem się o szatnię Pawła Cymermana (frontman
Symbolical), który dzielnie siedział na bramce, wiedząc, że tej
szatni nie ma. Taką też informację dostałem z zastrzeżeniem, że
dzień wcześniej, na koncercie w Tomaszowie Mazowieckim (wraz z
HellRose - ciekawe czy już w pełnym składzie byli), nagle
wparowali dresiarze do klubu, poturbowali widzów i zajebali nie
tylko kurtki! No to mi się trochę odechciało, ale po Ethelyn już
płonąłem, więc wolałem iść na zwarcie z ewentualnymi agresorami
niż czuć pot lejący się niczym mocz po nogawce spodni. Jednak w
Łodzi nic takiego strasznego się nie wydarzyło, a z Pawłem
miałem trochę do przegadania. Ciut się zdziwił i zaniepokoił,
jak już siedząc przy swoim merchu wypaliłem do niego: "no to
pora na rozliczenia finansowe!" Mina bezcenna! Jak Symbolical
grało na Metalowych Zwierzakach zakupiłem trochę płytek, ale nie
doszliśmy do finalnego rozliczenia, bo ani nie miał wydać, ani
ja nie miałem odliczonych drobnych. Skończyło się na tym, że na
40 PLN, które im wisiałem, Paweł machnął ręką - niech mi się
dobrze słucha! Ale, że ja jestem honorowy, to tuż po powrocie
napisałem do niego, że mogę mu przelać na konto lub BLIK-iem -
po dwóch miesiącach otrzymałem odpowiedź, że nie ma tematu. No,
ale ja nie lubię nikomu wisieć hajsu, a przynajmniej tak
niewielkiego. Więc stąd mój naskok na Pawła i oddanie mu tej
kasy, z czego się bardzo ucieszył. W ogóle wtedy na MZ nagrałem
ich cały koncert, ale że był to już ostatni występ tego wieczoru
(Paweł ze sceny, retorycznie: pewnie jesteście już zmęczeni), a
raczej już nocy, komórka dość wcześnie mi odmówiła posłuszeństwa
(z tego gorąca czułem, że bateria jest na granicy roztopienia) i
zrobił się typowy przegrzewczy OOS. Próbowałem w domu jeszcze
ratować to nagranie, ale po kilku pocięciach, sklejeniach i
wyprostowaniu synchronizacji audio z video, nadal coś nie grało
- cały dzień nad tym siedziałem i dałem za wygraną. Zostawiłem
tylko pierwsze 13 minut seta i takowy wisi na YT. Z Łodzi już
jest całość, ale w tym klubie filmowanie metalowych setów to
wyzwanie. Jeszcze Pawła i współtowarzyszy jakoś tam widać, ale
jak byłem na Sznurze (tym metalowym), to praktycznie mogłem
sobie włączyć dyktafon i nagrać sam dźwięk, tak nie było opcji,
żeby się przepchać i zrobić dobre ujęcia filmowe. Za to na
Nenufarze w VooDoo stała koło mnie kobieta, na tym podwyższeniu
na Stage 2, i tak tupała nogą obutą w glana, że od razu ją
nazwałem Tupac. Nie dość, że żyje, to jeszcze tupie! Po
kwadransie już mi nie było do śmiechu, bo taki szedł rezonans od
tego stukania obcasem, że odezwał mi się w pewnym momencie kebab
ofutrowany dwa dni wcześniej i podchodził pod obydwie dziury. A
Kebab King to była moja ulubiona restauracja we Wrocławiu.
Wracając grubo po północy, jedynie ten wyszynk był otwarty, i to
tuż za rogiem mojego hotelu. To chyba jest sieciówka, bo w Łodzi
też na Google Maps w pobliżu hotelu wyczaiłem ten przybytek.
Poszedłem, kupiłem kebsa, a ten mi podaje takiego do zjedzenia
na miejscu. Więc mówię, że zamawiałem na wynos, to... owinął mi
go tylko w folię aluminiową (dobrze, że nie w brudną ścierkę),
żadnej reklamówki, torby, serwetek - smaćnego! Już miałem
oburzony warknąć: i co, kurwa, mam sobie go doturlać do kwatery?
Jakoś go jednak doniosłem, ale prawie się złamał na pół, a że to
nie był Kraków, nie miałem słynnego widelczyka, to musiałem
sobie jakoś poradzić. Więc jeśli Kebab King, to tylko we Wrocku,
w którym pięknego, zimowego dnia, znajoma mnie przeczołgała 3h
wycieczką po nim, za co dozgonnie jestem jej wdzięczny. Na
WIF-ie był jak co roku problem z biletem, zapomniałem już jak
było w 2023 r., ale szybko sobie przypomniałem na bramce
tegorocznej. Zgapiłem się i karnety czterodniowe się rozeszły
dość szybko, więc musiałem na każdy dzień zakupić osobny bilet,
co trochę mnie to pociągnęło po kieszeni. I na bramce pytanie o
moje dane: Przemysław Skóra. Pudło, nie ma takiego.
Konsternacja. Ale jak to nie ma, wszystkie kwity miałem jakby
coś w telefonie. Okazało się, że jest Przemysław, ale z
nazwiskiem... Kerulet. Jakimś cudem kiedyś tam przy rejestracji
tak się to wszystko pogmatwało, pozamieniały pola do
wypełnienia, że zaraz po powrocie do domu już poprawiłem dane. Z
biletami to największe jaja były z tymi na Earth Crisis.
Zakupiłem go na długo przed imprezą, oczywiście kolekcjonerski
na Biletomacie, ale czekam, czekam, ani widu, ani słychu. Więc
piszę do nich z zapytaniem. Dostałem linka do śledzenia
przesyłki i co się okazuje? Dwa tygodnie temu bilet odebrałem!
No, aż takiego Alzheimera jeszcze nie mam, żebym o tym nie
pamiętał, więc zacząłem drążyć. Okazało się, że Poczta Polska
zagubiła go, a raczej nasz firmowy regionalny listonosz. On był
w szoku, ja trochę też, a ze to spoko gość, bo każdą
korespondencję dostarcza na biurko, a nie jak niektóre pojeby
(bo tam rotacja listonoszy jest szalona) kolanem upycha w naszej
mikro skrzynce pocztowej na zewnątrz. Oczywiście mogłem napisać
skargę do PP, ale wtedy by gościa zapewne wyjebali z pracy, on
już nawet mówił, że mi odkupi ten bilet, byleby nigdzie tego nie
zgłaszać. Wyjaśniłem sytuację w Biletomacie - za opłatą 30 PLN
przysłali mi nowy, więc nawet tych pieniędzy nie egzekwowałem od
niego. Czasami, szczególnie na stand-upach jest wielki szok, że
ktoś pokazuje na bramce kolorowy bilet (raz z tytułu zakupionego
owego kartonika miałem w pakiecie zdjęcie, autograf i drinka za
free przy barze). I nie raz się tak zdarzyło, że jak zabierają
te wydruki lub skanują kody z telefonu, to mi chcieli zajumać
pamiątkę, no bo okazałem już, a oni rekwirują i proszę się
dobrze bawić. No nie po to wydawałem sporo więcej kasy, aby
zostawić komuś bilet, który zaraz po evencie ląduje w specjalnym
klaserze. Raz to nawet kierownika trzeba było wzywać, ażeby
tłumaczył siksie na bramce, że tego się nie zabiera.
Największa karuzela biletowa i tak była w moim przypadku z
koncertem Meshuggah, a nawet z ich dwoma występami w Polsce. Na
długo przed zakupiłem wejściówkę do warszawskiej Stodoły, tyle,
że w międzyczasie wypadł w tym samym dniu Incoming Transmission
(House Of Piru + Tyko Ching). Zastanawiałem się dłuższą chwilę,
co zrobić z tym fantem, bo na dwóch koncertach jednocześnie być
raczej nie mogłem. Napisałem do KnockOuta, który organizował
Meshuggaha, nie licząc na nic, ale czy może jest szansa na
anulowanie biletu i zwrot niemałych kosztów. O dziwo, zrobili
precedens, patrząc na moją historię zakupów u nich i zwrócili
kochane pieniążki! Od razu zakupiłem bilet na krakowski set
Meshuggaha, który miał się odbyć dwa dni później w Klubie
Studio. Ale, ale... Znowu zmiana planów, bo akurat na ten dzień
wskoczył Suicide Commando w VooDoo! Wybór był prosty, już nie
pisałem do organizatora, tylko sprzedałem bilet na necie i
czekałem z utęsknieniem na SC. Tyle, że tym całym bajzlem
zarządzał Pink Hearts i finalnie Johan van Roy nie dojechał
(zagrał tylko w Zabrzu, bo tam Wiatrak sam to wszystko
ogarniał), z winy PH, który także dał dupy przy organizacji Das
Ich i Diary Of Dreams. Mam nadzieję, że ta lipna menedżerka z
Ukrainy zdechnie szybko i zniknie z powierzchni Ziemi. Na koniec
tego akapitu ciekawostka. Jak wiadomo oszuści działają także w
sferze biletowej - ileż to można znaleźć ogłoszeń przy
wydarzeniach koncertowych, że ktoś ma do odstąpienia bilet lub
dwa w bardzo dobrej cenie, jedynie należy do nich napisać priv.
Najśmieszniejsze, że te boty już publikują te anonse przy
koncertach, gdzie płaci się jedynie na bramce, albo jest wstęp
wolny. Ale bilet u nich możesz zawsze zakupić!
Z klubów, które najbardziej polubiłem, to warszawskie 2KOŁA,
VooDoo i Proxima, a w Krakowie: Klub RE (chociaż tu się słabo
nagrywa, gdy jest duże obłożenie ludzkie, nie wciśniesz palca,
więc badanie per rectum jest trudne do zrealizowania). A to
dlatego, że są one najbliżej dworca, i z buta można do nich
spokojnie i bez pośpiechu dojść. W Krakowie zresztą do
wszystkich klubów z MDA jest z miarę blisko, najdalej 50 minut
dymania z buta to chyba Zaścianek, w zagłębiu klubowym (plus
Gwarek i Studio). Z Kwadratu akurat nie wiem, ale kiedyś miałem
po koncercie kupę czasu do Flixa, więc nie wziąłem taksy - ot,
przejdę się. No i tak mnie prowadzi Google Maps, że wylądowałem
na jakichś jebanych bagnach! A na telefonie: śmiało, szerokiej
drogi. Dobrze, że się w porę cofnąłem, bo być może do dzisiaj
bym tam walczył z aligatorami. Krakowski Hype Park to dopiero
oryginały. W zależności od gwiazdy i sprzedanych biletów, tak
manewrują miejscem, że na np. Rotting Christ było 100% sali
przed sceną, na Filterze o połowę mniej, a na Big Brave zrobili
taki klon Gwarka. I ma to sens, przynajmniej nie widać
pustostanu wśród widowni. Jak The Analogs grali w Kielcach, w
słynnym już Chicaco (2000 PLN - kara za nagrywanie!), to się
cieszyli, że mieli sold-out. I na stronie to nawet fajnie
wygląda, bo przecież nikt nie będzie wnikał i weryfikował, że 50
osób to już jest full. Z rozbrajającą szczerością ze sceny
przyznali, że akurat z tego powodu lubią tu często przyjeżdżać,
a będą już na początku lutego, tylko, że mi termin ich koncertu
koliduje z innym, ale może się skuszę. Bo akurat na nich to
zawsze warto! Ale perełkę zostawiłem na koniec. Squat Zaczyn,
już nieistniejący, byłem tam tylko raz, na noise'ach, tydzień
później wpadła policja z ochroniarzami i wyjebali wszystko i
wszystkich, przywracając, w ich mniemaniu, normalność. Ogromna
powierzchnia, przejść od zakamuflowanego wejścia na salę
koncertową to trzeba było mieć mapkę, podobno to były
pozostałości po jakiejś piekarni, czy coś w tym stylu. I nawet
było spoko, scena, piwko, było gdzie usiąść, jakieś wydzielone
palenisko, ale... na moje nieszczęście zachciało mi się oddać
mocz, więc pytam grzecznie, gdzie ubikator. Po wskazówkach,
jakoś go odnalazłem, a w środku... Panie, żulom by się
odechciewało z niego skorzystać! Niby kibel jest, ale z
adnotacją, że spuszczanie wody nie działa, trzeba się posiłkować
wiaderkiem z wodą. Wiadro, widzę, stoi, ale, kurwa, puste! Z
tego to i Salomon... Ale są i dalsze instrukcje - dwa obszerne
kosze na śmieci wypełnione wodą, trzeba sobie ją tylko naczerpać
do wiaderka! Piękności! Dobrze, że mi się nie chciało dwójeczki,
bo bym musiał chyba ten kosz przechylać... W Klubojadalni
Młodszej Siostrze (czy to się w ogóle odmienia, a jeśli tak, to
czy każdy człon?) natomiast chciano mi zajebać... piwo. Tak nie
do końca, oczywiście, odstawiłem je sobie, a koleś je po prostu
wziął, jak swoje! Tak mu się wydawało, ale po krótkiej wymianie
uprzejmości stanęło na jakże uśmiechniętej Polsce i dwóch
patriotach - a to było na koncercie Martyrmachine. W Krakowie na
nich, dla odmiany, zajebano mi bluzę! Z upływem czasu, całe to
zdarzenie okazało się przezabawną sytuacją. Wtedy (początek
kwietnia) było dość ciepło na zewnątrz, ale wiedząc, że będę
wracał w środku nocy, zaopatrzyłem się w bluzę - moją
standardową nieśmiertelną koncertówkę - Cannibal Corpse.
Wszystko to się wydarzyło w Klubie Baza, więc ciepełko było tam
już na horyzoncie. Z braku szatni, ciepnąłem, jak inni, na jakąś
sofę to moje odzienie. Z czasem klub zaczął się wyludniać, bo
ostatni set (iwouldcutmyhands) miał ponad godzinę didżejki. Pod
jego koniec zostałem już sam. Bluza, patrzę, leży nadal na
sofie, ale coś mnie tknęło. Jedną ręką nagrywając, drugą już
wyczułem w dotyku, że to nie jest moja CC! No i zaczęły się
poszukiwania, które nic nie dały - ktoś sobie wziął moją bluzę,
a ta, co została, nawet nie przymierzałem, od razu było widać,
że się w nią nie zmieszczę. Zostawiłem ją na barze wraz ze
swoimi danymi, jakby ktoś jednak się po czasie zreflektował, że
się pomylił i zabrał nie swoją rzecz. Nie liczyłem na cud, ale
dzień później wszystko już było wyjaśnione, rzeczywiście
nastąpiła pomyłka i bluzę mi odesłała dziewczyna do domu. Do
dzisiaj utrzymujemy kontakt ze sobą - nie swoja bluza zbliża! A
Klub Baza... Napisałem do nich, że już jest sprawa nieaktualna,
bluza się odnalazła, na co dostałem odpowiedź, że... oni jeszcze
nie mają żadnych informacji, nikt się do nich nie zgłosił, ale
trzymają rękę na pulsie i pomogą jak mogą w odnalezieniu mojej
zguby! Już dalej nie konwersowałem... Te dwie sytuacje łączy
łódzki EBM-owy band, więc się zastanawiam, czy będąc na nich po
raz n-ty jakbym chciał zdjąć buty, aby rozprostować stopy i
rozpylić leśną bryzę, to by mi ich ktoś nie podwędził,
ewentualnie sznurówki by tylko zostawił. Jakoś tak przy nich
mam, więc muszę na siebie uważać!
Przy Zaścianku można sobie posiedzieć (bo na pewno nie odpocząć)
na ławeczce przed klubem i poczekać na wejście, wiedząc, że
zawsze jest obsuwa. Tylko dlaczego oni w tym miasteczku
akademickim zrobili zaokrąglone siedzenia ławek? Po 10 minutach
moja śledziona miała odleżyny. Najtrudniej mi było trafić na
koncert screensaver - w jakimś nowym klubie Stakkato się
odbywał. Adres: Kraków, ul. Ślusarska 9, patrzę w Google Maps,
no ładna dróżka, niedaleko klub Warsztat, idziem. Będąc już
prawie na miejscu, na początku ulicy sprawdzam numery, i
kolejność idzie tak: 6, 8, 10... 4! No coś tu nie gra, gdzie
numer 9, pomijając fakt, że po drugiej stronie ulicy był jeszcze
większy kipisz. Dopytuję w Żabce, ale to były lata świetlne do
satysfakcjonującej odpowiedzi. Przechodzień już był bardziej
użyteczny - tam gdzie była czwóreczka, trzeba było iść jeszcze
dalej i dalej, za szlabanem, w prawo - i bingo! Podobnie było z
zakotwiczeniem w Rockhouse Studio (też Kraków), nawet Disposable
Soma, z Warszawy zabłądzili na GPS-ie. Nie ma się co dziwić, w
pewnym momencie można zamknąć aplikacje lokalizacyjną i zostaje
tylko rozpytywanie ludzi. Ale największą zagwozdkę miałem z
klubem Hybrydy na Złotej. Wiedziałem, że będę na Dworcu
Centralnym na długo przed startem wydarzenia, więc wpadłem na
pomysł dojścia tam pieszo, gdy zobaczyłem jeszcze w Kielcach, że
max 20 minut mi to zajmie. Wysiadłem tamże, odpalam GM, a tam...
5 minut jedynie do klubu! Być może wydostałem się z dworca
jakimś tajnym wyjściem nakierowanym na Hybrydy. Tak, tylko, że
po 20 minutach błądzenia, moja frustracja sięgała zenitu. Na
telefonie już niby jestem na miejscu, a tu numery jakieś 68, 70
(Hybrydy na Złotej 7/9). Okazało się, że musiałem wbić dokładnie
nazwę i numer ulicy, nie sugerować się pinezką na stronie klubu
i... szedłem jeszcze i szedłem, aż doszedłem... na ulicę Złotą!
Ile tych pozłacanych ulic jest w stolicy? Godzinę mi zeszło w
sumie, ale i tak byłem przed czasem, choć na miejscu
posmutniałem - okazało się, że organizator (KnockOut) zakazał,
ażeby tak jak zwykle, palić w miejscu do tego przeznaczonym w
środku klubu, więc trzeba było na Combichrist wychodzić na
zewnątrz (a powinna być blacha na ścianie: KATEGORYCZNY ZAKAZ
PALENIA!! Chyba, że się bardzo chce, to można...). Przy wejściu
podchmielony jegomość już walczył z reżimem (ochroną), która nie
chciała go wpuścić na koncert, choć miał bilet (jak sam
twierdził: 19 lat czekał na ich koncert!), bo ewidentnie był pod
dużym wpływem. I to nie muzyki CC… Odgrażał się, że policję
wezwie, robił zdjęcia ochroniarzom, gdzieś je wysyłał, ale chyba
nic nie wskórał, bo po wszystkim nadal siedział na zewnątrz,
więc teoretycznie był na koncercie, w linii prostej nawet
niecałe 20 metrów od sceny. A jeszcze jak audio przenikało przez
ściany, to mógł w jakimś tam promilu uznać koncert za zaliczony.
Jeszcze tylko wspomnę o wrocławskim klubie Łącznik - byłem tam
pierwszy raz, bo zostałem po WIF-ie jeszcze jeden dzień, na
Master Boot Record (1h45m koncert!) - tu najdłużej waliłem z
buta, ale miałem nielimitowany czas, więc ok. 1h zeszło w jedną
stronę. Droga prosta, przez ZOO, tylko na miejscu dziwnie, bo
jak już przyzwyczaiłem się do "szatni" z samymi wieszakami (a
był sold out), których nikt nie pilnuje (katowicki Piąty Dom to
dopiero był pierdolnik, kiedyś był tylko jeden pałąk, na którym
można było się rozpłaszczyć, więc i ja skorzystałem; po
zawodach, reszta niezabranych kurtek i bluz leżała w kopczyku na
podłodze, więc można było się poczuć jak w ciucholandzie
wybierając, a raczej szukając, swojego odzienia), ale że piwa
nie było? Drugie Wolskie Centrum Kultury? Gwoli ścisłości: było,
ale same wynalazki, sam piłem... miodowego Litovela - po dwóch
butelkach miałem dosyć. Życia też... Normalnie pełen
pół-profesjonalizm! Idąc świątecznym tropem: zwykłe piwo było
jak 13 potrawa na stole wigilijnym, czyli not available, a
siorbanie tego słodkiego ścierwa było tak bezsensowne z mojej
strony jak morsowanie w czerwcu.
Jeździło się przede wszystkim na zespoły, o których dotychczas
za wiele nie napisałem, bo właśnie teraz przyszedł na to czas,
tak na koniec. W tym miejscu chciałem podziękować (prawie)
wszystkim wykonawcom, na których byłem, bez Was nie byłoby...
koncertów (jakież to odkrywcze!). A ja nie nagrywając popisów
scenicznych nie byłbym milionerem z hajsu z YouTube'a! No tak,
wiele osób już mi się pytało, ile wyciągam ze swojego kanału i,
to akurat pewnie tylko w przemyśleniach im się przewijało, nie
artykułując głośno, czemu jeszcze na te koncerty nie jeżdżę
wypasionymi furami, co tydzień inną - z hajsu z YouTube'a! Tak,
przebogaty jestem dzięki swojemu kanałowi. Przebogaty w
doświadczenia... Bardziej się obawiam, że jakiś band, jak
zauważy nagrywkę swojego koncertu, zgłosi to do YT, a ja dostanę
ostrzeżenie. Można mieć ich góra dwa naraz, po trzecim leci
kanał. Każde mija po 90 dniach, więc po resecie mam jakiś oddech
i trauma na chwilę znika. Kasy nie mam z tego żadnej, co może
nie każdy rozumie, a to, ile wydałem na bilety, dojazdy i merch...
Lepiej tego nie będę sumował, bo są to pewnie astronomiczne
kwoty. Tak więc, ogromne dzięki dla wykonawców na których byłem
lub nie (nie dojechałem, a chciałem być), ludzi których
poznałem, a także starą gwardię, którą spotykam co i rusz. I
teraz polecę nazwami kilku zespołów, które mogą co najwyżej ode
mnie fucki dostać. Pierwszy z nich to Amduscia! Specjalnie dla
nich skasowałem swój pobyt w Poznaniu na Psyclon Nine (miałem
już bilet i dojazdy), ale wybrałem się na Amduscię, a oni nie
dość, że nie dojechali w ogóle do Warszawy, to nie było z nimi
żadnego kontaktu! Zabalowali na WGT i olali występ w Polsce!
Ale... nie ma tego złego. Tak coś czułem, że może to wszystko
się wykrzaczyć, bo wydarzenie nie było dostatecznie grzane, zero
ogłoszonych suportów, więc sobie wyhaczyłem miejsce, gdzie w
razie czego miałbym się okrętować, żeby nie stracić całkowicie
wypadu do Warszawy. I w pubie 2KOŁA się działo, oj działo! Było
bardzo punkowo, do tego stopnia, że komórkę musiałem dociskać
kolanem i brodą, żeby mi nie poleciała w zaświaty. A i tak
zaliczyła jeden wyskok - ja tylko byłem w strachu, żeby mnie
nikt nie popchnął na sofę, bo tam się rozgościła jakaś
dziewczynka ze słuchawkami na uszach, totalnie nie
zainteresowana koncertem, wpatrzona w smartfon. Jakbym na nią
upadł... Nie byłoby czego zbierać. Największy klops z komórką
miałem na koncercie Chaingün w krakowskim klubie Buda. Tam był
thrash, ale ja miałem hardkor. Jak się zaczęło pogowanie i
zalążki circle pit, to się grzecznie przesunąłem w bezpieczne
miejsce - nie raz tak robiłem i wychodziłem z tego cało, ale
teraz... Ktoś musiał specjalnie mnie pchnąć tak w rękę, że
smartfon mi z niej wyleciał, odbił się od ściany i zaległ na
podłodze. W drugiej ręce miałem piwo, więc schylając się po
telefon, nagle się zrobił wulkan z butelki, więc ratowałem się
przed zalaniem, ale patrzę w telefon - nadal nagrywa! No to
lecimy z koksem! 30 sekund później identyczna sytuacja - potem
już tylko stałem, wypatrując tego żartownisia, bo chętnie bym
zakończył ten cały koncert wyjebując mu butelką w łeb. Ale się
nie doczekałem...
Kolejny, i ostatni, to ukraiński projekt 0%Mercury - odjebali
taką fuszerkę... Nawet nie grali 30 minut (a byli headlinerem),
a w czasie występu robili licytację koszulki i gadali farmazony
pacyfistyczne, więc czystego grania może był kwadrans z hakiem.
Ale... Akurat w tym samym czasie, na drugiej scenie VooDoo popis
hip-hopowy dawał niejaki sm0ku. A że już była końcówka jego
pląsów, to nawet nie było obsadzonej bramki. Dopytałem tylko,
który to ten sm0ku, bo na scenie było chyba z siedem osób
rapujących i poszedłem na fajkę. Jak już sm0ku zakończył swoje
wygibasy, to wyszedł też do ogródka, a że to młody gość, więc
piwko jedynie 0% (byle nie Mercury!). Jakoś nie leciały do niego
fanki, czy fanowie (dobrze odmieniam w tym szalonym świecie z
poprawnością polityczną na wszystko), więc podszedłem do niego z
wielkim entuzjazmem gratulując mu super występu! Zacząłem go
chwalić od stóp do głów, i oczywiście robić sobie z nim fotki -
stał jakiś starszy gość (w moim wieku), więc poprosiłem, aby
popstrykał trochę na kliszę. Okazało się, że to jego... ojciec!
No to peany pochwalne pod jego adresem, że ma takiego
uzdolnionego syna, etc. Do dzisiaj mam w pamięci, żeby puścić
sobie chociaż 30 sekund jego muzyki, żeby się nie okazało, że
moje pochlebstwa były na wyrost. Ale chłopakowi zrobiło się
miło, chuj, że nie byłem nawet na 2 minutach jego koncertu (tak
jak na Plaguemace). Innym dzieciarnianym show był Sprzęgło Fest,
też w VooDoo - kurde, nie doczytałem, że owszem, będzie
rock/metal, ale to wszystko do 21 lat! Więc byłem seniorem wśród
tłumu i grzecznie stanąłem w kolejce do wejścia, tyle, że to
zaczęło trwać w nieskończoność, bo każdy musiał mieć papier
podpisany przez rodzica, ażeby mógł wejść. Dobrze, że znam
trochę ochroniarzy tego klubu, więc mnie puścili bokiem. Na
samych koncertach... latały staniki. Nie to, że zdejmowane w
przypływie ekstazy - dziewczyny poprzynosiły je osobno i rzucały
w idoli. Sam się zastanawiałem, czy nie pierdolnąć swoimi
slipami na scenę, bo akurat dzisiaj miałem dzień bez
biustonosza. Final Gasp - nawet fajnie zagrali, jakoś nie
porywająco, ale dostatecznie. No i już skończyli koncert, ludzie
powolutku zaczęli się rozchodzić, na co zespół... nie był
przygotowany! Oni mieli bisy, a tu nikt nie poprosił o encore!
Zagrali chyba jeden kawałek dodatkowo i wtedy już był koniec
definitywny. Datura - wokalistka zawsze boso, gdzie by nie
występowała. Czy aby to jest higieniczne? Przecież na tych
scenach się przewija wszystko, więc jak nie ma jeszcze grzyba na
stopach, to gratulacje, ale co się odwlecze, to później pięta
piecze... Hollywood Rose (Guns N' Roses Tribute Band - Hungary)
- gdyby zmrużyć oczy, to jeszcze ten zespół przypomina wizualnie
GNR, ale nie basista. Tu nawet przy zamkniętych oczach, nadal go
widzę, ale może to nie miał być Duff, chyba, że na sterydach i
przerwanym odwyku od Kebab Kinga. Pilori - ależ to był ogień w
Chmurach! Jeden z najbardziej energetycznych występów (może się
z nim równać chyba tylko Kollaps, też w Chmurach; jak Wade
wskakiwał w tłum, to nie brał jeńców!). Ktoś jednak nie pomyślał
do końca i nie powynosił sprzętu sprzed sceny i opartego o
ściany. Zrobiła się z i tak niedużego klubu straszna klitka,
normalnie clitoris. Pilori chyba dzień później grali w Poznaniu,
co po występie dali upust na FB, że zacytuję: "Poznan was the
worst gig of this tour so far. One of the shittiest crowd we
ever met... But, however, many thanks to the few people who was
curious to not just watch their friends bands. And the only
other thanks we wanna give is to the very beautiful people of
Yell". A ja ich nagrałem cały set z Chmur - myślę sobie, jak go
znajdą, to mnie opierdolą, że zamiast się bawić, to kręciłem
filmy. Jakież było moje zdziwienie, jak kilka miesięcy po tym
wydarzeniu, napisali do mnie z ogromnymi podziękowaniami za
nagrany w całości set, który na mediach społecznościowych dość
długo promowali. Na Pilori, jak tylko się znowu pojawią w
Polsce, lecę jak w dym! Xeno & Oaklander dali bardzo dobry
występ, ale wracając z fajki/piwka nie byłem w stanie w Klubie
RE dopchać się bliżej sceny i nagrać całego występu. Coś tam
nakręciłem, ale że taka była gruba obsuwa czasowa, to musiałem
przebukować FlixBusa na za tydzień. A ich występ zapamiętam
jeszcze z jednego powodu. Dojeżdżając do Krakowa, siedziałem w
wagonie pełnym dzieciaków, bo albo przyjechały tu na dłużej,
albo wracały do domu z jakichś kolonii, a że i tak miałem czasu
w ciul, to rozpakowałem tą wycieczkę, w sensie pościągałem
plecaki, walizki, torby, co panie-opiekunki były ucieszone z
takiego pomagiera. Trzeba pomagać, choćby z nudów... Inmaze
natomiast miał release party - nagrali płytę (chyba to był
debiut) i promowali ją w VooDoo. Młody, dość ciekawy thrashowy
zespół i publika też w podobnym wieku. Ale dwie niespotykane
rzeczy tutaj miały miejsce. Oczywiście nakręciłem ich cały
koncert, ale czułem się podczas nagrywania... nieswojo. Jak
obcykałem, to chyba sześć kamerek w różnych miejscach mieli
rozlokowanych i pewnie lepsze sprzęty od mojego OPPO - takiego
natłoku rejestratorów jeszcze nie widziałem. Drugą rzeczą była
korba, z którą się chodzi na protesty, ewentualnie zwiastuje
sygnał alarmowy. Nagle się pojawiła wśród widowni i sobie każdy
mógł nią zakręcić. Tak mnie to zaciekawiło, że aż... sobie taką
sprawiłem prywatnie! Będzie do kompletu z megafonem. Rascal na
tym koncercie aż dwie gitary popsuł, dobrze, że mieli
rezerwowe... Searing Lightning - dwa razy na nich byłem, za
każdym razem byli pierwszymi przedskoczkami. Oczywiście następne
kapele dziękowały swoim poprzednikom, ale coś poszło nie tak w
nazwie. Najpierw dziękówy odebrał zespół Searching Lighting, a
później Searing Thunder! No cóż, każdy się może pomylić... Ale
może to nie przypadek - na obydwu graniach w krakowskim Garage
Pubie mieli tak długie soundchecki (dłuższe niż oryginalny
set!), że najpierw As We Fucked został prawie siłą ściągnięty ze
sceny (koniec czasu, tam jest limitowany, chyba max do 22.40
można grać), a później Deadline nie zagrali wszystkiego.
Pomiędzy gigami Searing Lightning a As We Fucked grał Line Of
Dead - to był jeden z niewielu koncertów nagrywanych przeze mnie
na siedząco. Dziwnie się czułem, ale się nie zmęczyłem w ogóle,
bo miałem dość ładny plan zdjęciowy przed sobą, zero łbów na
linii ognia i w obrysie łapałem cały zespół. Na Warsaw Noise
Attack 3 tak się to wszystko przeciągnęło, że chyba po 2-ej w
nocy dopiero zrywałem się na dworzec, ostatni koncert też
nagrywałem siedząc, przysypiając, ale chyba chrapanie się nie
nagrało. Na tymże dworcu (dyliżans miałem czwarta coś) miałem
branie - jakiś pijaczek sobie usiadł koło mnie i w pewnym
momencie, hyc, już się na mnie pokładał. Stanowczo mu zwróciłem
uwagę, że nie mam ochoty na zaloty. Jakby jednak nie był tak
najebany, to kto wie! Innym siedzącym koncertem było Shagreen w
Turnusie Na Wolskiej, ale to było w tamtym roku, pewnie o tym
pisałem, tutaj tylko dopowiem, że poznałem wtedy bardzo fajny
młody zespół Złudzenia - wtedy to był ich debiutancki występ, na
początku tego roku znowu byłem na nich, tym razem w Chmurach,
ale się dowiedziałem, że to najprawdopodobniej ich drugi i
zarazem ostatni koncert, gdyż wokalistka ma inne plany muzyczne
i chce opuścić zespół. W sumie, to nawet nie wiem, czy się
rozlecieli, ale szkoda by było. Three Eyes Of The Void w VooDoo
zakomunikowali, że jeszcze zagrają dwa utwory do końca, ale się
nie udało, bo tam był czas na żyletki i skończyło się na jednym.
O KEstrelli już wspominałem, ale przed nią występował Caro Mane.
Jakież było moje zdziwienie, gdy się okazało, że to najnowszy
projekt Mai Konarskiej z Moonlight. No nie spodziewałem się...
Na Earth Crisis były kombinacje z line-upem - Moira wystąpiła
jako pierwsza, a miała grać w środku, a to dlatego, że mieli...
leworęcznego perkusistę i nie chcieli majstrować z ustawieniami
w klatce. Aczkolwiek niektóre zespoły technicznie są tak
przygotowane do występu, jak ja na wizytę komornika - niby
soundcheck zakończony, ale nadal trwa już podczas właściwego
koncertu, normalnie niekończący się rehearsal. Najbardziej
jednak mnie mrozi przy występach metalowych jak wokalista
intonuje do mikrofonu: come closer/chodźcie bliżej (w zależności
jakiej nacji jest), i wtedy już wiem, że komfort nagrywania
drastycznie maleje. Derwana i Syrbski Jeb mieli zagrać swego
czasu w Potoku, i szykowałem się już na nich, tyle że w pewnym
momencie wydarzenie zostało anulowane. No to piszę do Derwany:
ocokaman? Oni też zdziwieni, a nawet zszokowani, nic nie
wiedzieli, nikt ich nie uprzedził, szykowali się do występu. A
to sam Potok, zapewne widząc jaka jest licha sprzedaż biletów, w
ich miejsce zabukował kogoś bardziej nośnego - Nagły Atak
Spawacza! Freakowe podejście do sprawy... Podobnie było na
eliminacjach Bloodstock, gdy ni stąd ni zowąd Banisher został
zastąpiony Dragonem, i jeszcze to tłumaczenie dlaczego tak ma
być - żenada roku! Banisher wyklęty! Szykowałem się też na Sighs
Of Death w sierpniu, ale Gravery spadło z rowerka na ostatniej
prostej i będę musiał jeszcze poczekać na ich wizytę w Kielcach.
Na Curses byłem dwa razy, w Krakowie i dzień później w Warszawie
- w stolicy to bardziej na Bracco pojechałem, bo akurat w
pierwszy gig był z innymi suportami. Miazga była z koncertem
Curses w stolicy, miejscowy dźwiękowiec miał słabszy dzień,
jeden z kawałków zaczynali trzy razy i mieli chyba ochotę zejść
już ze sceny. Po wszystkim widziałem, jak gość, który to miał
wszystko ogarnąć sam był w szoku, że taki babol wyszedł. Ale
zrobiłem sobie fotkę z wokalistą Bracco, który trzymał się na
totalnym uboczu od wszystkich, nawet od Curses i swojego kompana
z zespołu. Zamilska w Niebie skończyła koncert przed czasem, jak
jej trzeci raz wywaliło prąd. Za drugim razem zabawiał
publiczność Pachu z Hostii, bo akurat wtedy miał z nią featuring.
W Niebie na tyle poprawiło się miejsce dla palących, że już nie
była to droga na oślep po schodach, ale wydzielone miejsce na
zewnątrz. Tak mikre, że tworzyła się kolejka do palarni i
ochroniarze pilnowali, żeby status quo palących na zewnątrz
zostało utrzymane. Ale i Pharmakon miała problemy z odcięciem i
to niekoniecznie elektrycznym. Po prostu w pewnym momencie
zawadziła nogą o jeden z kabli i poleciało jakieś ustrojstwo ze
stołu. Na Renonce wprowadziłem wszystkich w wielkie
zakłopotanie. Chciałem kupić płytkę (była tylko jedna Real Trvth),
ale na rozpisce było, że 10 euro kosztuje taka przyjemność. Traf
chciał, że akurat wtedy nie miałem nic euro przy sobie! Więc się
pytam, ile to na nasze i... kartka została zabrana, zaczęły się
obliczenia, po czym ustalono, że wyszło 50 PLN, w sumie okey,
zapłaciłem, płytka schowana, ale... Biega po klubie wokalistka
Double Darkness, jakby kogoś szukała. A szukała mnie, jak się
okazało. 10 PLN mi oddała, bo... źle przeliczyli! Znajomej nie
mieli wydać za winyla ze 100 PLN (koszt 80 PLN), to w dobrym
geście za tą resztę... miałem bluzę Renonce! No, takie interesy,
to ja lubię! Exessus (band z hiszpańskiej Barcelony) przyjechał
do Kielc także z merchem i kartką z cenami. Tyle, że coś mi nie
grało, bo wszystko było... w koronach czeskich! Ale z pomocą
kalkulatora dało radę przekonwertować to na złotówki.
Condemned-AD... Ach, to jest też ciekawa historia, nie tylko
merchowa, chociaż od niej zacznę. Męczyłem basistę o jakiś merch,
a on, że owszem, mają, ale nie wystawili jeszcze na stolik.
Skończyło się wszystko i nadal gówno było na blacie, więc nie
odpuszczałem. Widząc moje zdeterminowanie, poleciał do busa,
przytaszczył walizkę, jak jakiś uciekinier z trzeciego świata z
całym w niej dobytkiem, otworzył ją, a tam była jakaś koszulka
(do dzisiaj się zastanawiam, czy to do sprzedania, czy na
zmianę) i jedna sztuka płyty, którą wygrzebał spomiędzy innych
bibelotów. 20 PLN to uczciwa cena, więc wziąłem, już o więcej
nie pytałem. A obok stał czwarty członek zespołu, bo zabrał się
z nimi w tournée, ale z ręką w gipsie trochę niekomfortowo się
łoi na gitarze. Oni właśnie byli headlinerem na trasie, a mieli
być jedynie głównym suportem, a gwiazdą brazylijski Gestos
Groceiros. Cała europejska trasa zaczynała się dwa dni przed
koncertem w Kielcach, ale GC już w świętokrzyskie nie dojechał.
Menedżer i jednocześnie kierowca obydwu zespołów, w ramach
niespłaconych należności przez zespół wobec niego zaanektował
ich sprzęt, zniszczył i przesłał im fotki, sugerując: no to
pograne! Tak więc fatygowali się z dalekiej Brazylii tylko na
jeden koncert (Gdańsk), stracili sprzęt i z powrotem do domu.
Iron Head w Kielcach to dopiero miał problemy techniczne.
Przyjechali z własnym stołem (jak choćby Deadline), ciągle coś
ustawiali, gitarzysta chyba z 20 razy przed występem latał do
konsoli, a jak już wyszli na scenę to się dopiero zaczęło.
Najpierw nowa basistka zaczęła zgłaszać problemy, później się
posypała gitara (nawet z gitarą biegał do ośrodka
kierowniczego), a na sam koniec wokal. Luzacki Smoleńsk i ich
wokalisto-basista miał tak skonstruowaną gitarę, że był w niej
zamontowany koszyk na butelkę z piwem. Oryginalne rozwiązanie,
byleby nią nie trzepać za bardzo, bo i złotego płynu szkoda.
Pogadałem przypadkiem z perkusistą metalowego Sznura (dopiero w
połowie pogawędki wyszło szydło z worka), a Slidize wysłał mi
dwa razy płytki CD, bo prosiłem z autografami, zapomnieli o tym,
ale już w drugim rzucie takowe były, piękny gest z ich strony.
Mógłbym jeszcze sporo pisać, ale chyba już i tak jest przesyt.
Pamiętajcie, na koniec, drogie dziatki, w Białej Małpie się nie
pali!
p.s. dla niedojadersów anglojęzycznych, krótki słownik-tłumacz,
jak zagadać na koncercie do zespołu, swoisty pisuar-vivre:
fuck you -> serdecznie witam pana/panią
fuck off -> uszanowanko
your mother is a cunt... -> po ile ta koszulka?
...and your father is a big dick -> a będzie coś taniej?
suck my cock -> do zobaczenia na następnym koncercie
your kid is ugly bastard -> twoje wiosło to rzemiosło!
what a piece of shit! -> fajna czapeczka!
go home, suckers! -> napierdalać!
fuck you! fuck off! -> jeszcze jeden i jeszcze raz! jeszcze
siedem!
do you fight? -> przybij żółwika
lick my balls! -> poproszę o darmowa vlepkę
Dobrym zwyczajem jest kichnąć wokaliście w twarz lub splunąć na
jego buty!!
---
Jakież było moje zdziwienie wsiadając do pociągu relacji Kielce
- Warszawa, gdy na ekranie wyświetliła się trasa do...
Budapesztu! Aż dwa razy się musiałem pytać, czy to (Ama)zonk,
czy jednak wsiadłem nie do tego wagonu. Z tym InterCity to
zawsze jest kabaret, jak nie podstawią skład zastępczy (komfort
jazdy jak spanie na taborecie), gdzie nie masz swojego miejsca i
musisz szukać pierwszego wolnego (a jak nie ma takiego, to
peszek), to wracając z WIF-u, z Wrocławia, bite 4h jazdy, jakiś
gówniak się zesrał na samym początku i już do końca waliło w
przedziale. Z FlixBusem za dużo lepiej nie ma, bo jazda na
GPS-ie czasami się kończy fatalnie i trzeba nadrabiać kilometry,
bo się przejechało zjazd, lub... cofać do niego na trasie
szybkiego ruchu (vide: powrót z Nervosy - tak w ogóle, to jaki
numer buta nosi wokalistka, bo wydaje mi się, że są to gabaryty
Shaquille'a O'Neilla)! Najbardziej mnie rozbraja we Flixie, jak
już staje na tym dworcu w Kielcach i słychać z głośnika:
stajanka diesiat minut! Koszmar senny, jaki mi się już
przydarzył dwa razy, to taki, że kierowca się zatrzymuje i
oznajmia przez mikrofon: Dworzec Myślenice! Ja zesrany wstaję:
o, kurwa, przejechałem Kielce! Skąd te Myślenice, i czy tamtędy
w ogóle jeździ FlixBus? Zanim ruszę z Krakowa, a wiem, że jedzie
bezpośrednio do mnie, więc jak już się rozpędzi, to nikt się nie
dosiądzie do mnie, wtedy to zawsze sobie nucę kolędę,
niezależnie od pory roku: ruszajże Jezuniu... A co do PKP
jeszcze, sami na stronie piszą, że przed odjazdem pociągu należy
sprawdzić tor, peron i... opóźnienie. Nie ma tam słowa
"ewentualne", więc wiadomo o co chodzi.
|