29.12.2025

LANGEN!











29.12.2025

Napisał do mnie kolega, który także organizował koncert i miał z tego powodu niemałe kłopoty, więc pozwolę sobie (za jego zgodą) opublikować cały tekst, który - zaznaczam - jest tylko fikcją literacką, aczkolwiek sytuacja tam przedstawiona jak najbardziej mogłaby zaistnieć w rzeczywistości, a znając (trochę) życie, już się wydarzyła. Więc... zdejmij kufajkę to opowiem Ci bajkę (z mchu i plwocin):

Cześć Przemku, z tej strony Kermit. Na początku słowa kluczowe: "osobiste wycieczki" - parafrazując słynny polski viral o teście łososia: "pierwszy raz to robię, bo ja rzadko to robię, pierwszy raz to się zdarza, bo tak to nigdy tego nie robiłem", ale jednak muszę, bo bez rysu prywatnego ta historia by się nie kleiła, więc byłaby niekompletna. Jakiś czas temu wraz z moim ziomkiem (Kontrabandem) postanowiliśmy sobie zorganizować w naszym mieście (Siedlce) koncert muzyki house z czołowymi przedstawicielami tego gatunku muzycznego na polskiej scenie. Jest to jakaś nisza na naszym niewielkim poletku (regionalnie), więc nie spodziewaliśmy się tłumów, ani tym bardziej finansowych kokosów z tego wydarzenia. Tyle, że od jakiegoś już czasu Kontraband był skłócony (nie wnikam z jakich powodów) z legendą polskiego house'u, gościem o ksywie DicK (aka KURVIST). Ale to akurat przy naszym zapale nikt o tym nie myślał, tylko rzuciliśmy się w organizacyjny wir, aby dopiąć wszystko na ostatni zatrzask i by się to nie wysypało na żadnym etapie realizacji. Wzięliśmy na headlinerów dwie bardzo znane ekipy w Polsce - co ważne - z DicK-iem także mające na pieńku, a to polska czołówka takiego grania: Pętla i Takeshi Kitano. I do pewnego momentu wszystko szło wzorowo, bo w naszym mieście takich imprez jest jak na lekarstwo, średnio raz na dekadę. Wybraliśmy fajny lokal - "Las Vegas" - z fantastycznym właścicielem, zakochanym w muzyce (niekoniecznie z naszego kręgu) - Jastrzębiem. I gdy naszymi bolączkami były już tylko kwestie zakwaterowania projektów i dogrania czasówek, aby się to wszystko spięło, dostaliśmy kopa w ryj. I to z półobrotu. Okazało się, że z braku innych zajęć, czyli ćpania (mmm smakołyki - frutti di monare), pocenia się przed kamerą (gdzie już na starcie ma zaparcie, a wylewny jest tylko gdy ma podejrzenie wylewu), tudzież znęcania psychicznie i fizycznie nad swoją partnerką (nazwijmy ją od tytułu filmowego bangera z lat 70-tych: Elza - Wilczyca z SS [to SS nieprzypadkowe, co bym w tym akurat przypadku rozwinął jako Syndrom Sztokholmski]) wraz z ową konkubiną, czyli Elzą (bo nie wierzę, że ten psychol robił to jednoosobowo), wpadli na genialny pomysł, jak zatruć nam życie, a de facto uwalić nasz koncert. Wykonali telefon do najbardziej poczytnego (i chyba jedynego) w moim mieście dziennika "Słowo Ludu" (wydawanego jeszcze w formie papierowej), aby poinformować redakcję, że na tym koncercie wystąpią prorosyjskie kapele sławiące Putina! I się zaczęło... Musieliśmy parę tygodni odkręcać te bzdury, ale finalnie się udało, bo i ukręciliśmy łeb sprawie w gazecie, a i właściciel lokalu nie obsrał zbroi, co pozwoliło nam się doturlać do finalizacji koncertu, który jakoś finansowo nie był szałem, ale organizacyjnie i muzycznie wyszło rewelacyjnie. Kto go tam wie, gdzie jeszcze nasz (teraz już i mój) milusiński dzwonił i pisał donosy (ale chyba OMZRiK-a pominął), żeby ujebać nasz koncert, ale nie wyszło. A dlaczego Ci to piszę, drogi Przemku? Żebyś wiedział, że na świecie, całkiem niedaleko Ciebie żyją takie kreatury, które z niepowodzeń swoich życiowych, uzależnień, muzycznej zawiści, wyimaginowanych krzywd i przemocowych (fizycznych i psychicznych) furii potrafią zainfekować swoim jadem wszystkich dookoła i wmawiać im, że to oni (och, wybrańcy!) są winni jego spierdolonego jestestwa. Uważaj na siebie, i ostrzeż znajomych, że mogą mieć w swoim gronie (muzycznym, towarzyskim) takie ścierwo, które w szale narkotycznym/odwykowym wbije Ci nóż w plecy i narzyga do rany. Ta gnida powinna się zająć swoimi house'owymi imprezami (do których nic nie mam i miał nie będę, gdyż wiem, że jedynie dostałem rykoszetem w wojence między DicK-iem a Kontrabandem), sprowadzaniem światowych gwiazd i odpierdoleniem się raz na zawsze od ludzi nie skażonych jego toksycznością. I chuj mnie obchodzą animozje pomiędzy DicK-iem i Kontrabandem (oraz innymi wykonawcami), jak chciał skancelować MÓJ koncert, którego byłem współtwórcą. Takie sprawy powinno się załatwiać na gruncie prywatnym (może nawet też na sali sądowej, jak się weźmie o jedną dawkę stoperanu za dużo), a nie będąc jebanym donosicielem, w dodatku z takimi nonsensownymi oskarżeniami wysranymi z zaczadzonego łba. Ta "zorganizowana" akcja nie byłaby pewnie możliwa w pojedynkę, więc ukłony dla Elzy (której hasło: chcę się zestarzeć przy Tobie, a nie przez Ciebie się już zdezaktualizowało, bo teraz na topie jest: jak kocha to poszczeka; i byleby się partner w zbrodni nie pomylił, gdy wrzaśnie: chciałbym skończyć z Tobą zamiast chciałbym skończyć w Tobie), może uniknie przez swoją wątpliwą pomoc jednej "kurwy" w twarz, co nie zmienia faktu, że jesteście siebie warci - nie tyle osiągnęliście dno, co robicie już odwierty...
Na koniec, już w formie żartu, przeróbka znanego hitu o Pszczółce Mai:
Gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie
Ukryty koncert dzieje się
By w mazak czasem nie dostać
Konfident housik będzie grać
Tą szmatę, którą tu słyszycie, zowią DicK-iem
Znów jest nafurany narkotykiem
Plumka sobie tu i tam
Życie zatruwając nam
Dziś spotka Was rutynowe podpierdolenie
"Spryciarz" DicK ma znowu urojenie
DicK-u, smyku, DicK-u, smyku
DicK-u, cóż odpierdolisz dziś
Z poważaniem, Kermit.
p.s. Te wszystkie paranoje, manipulacje głównego "bohatera" (DicK-a) - może warto byłoby iść w streaming z tą patologią, jak stary Rafatus z Marlenką, czy Magical z… Gochą. I będzie się "sławnym" i zarobi niemało. A później, kto wie, może pato-gale MMA...
Hej, DicK i Elza, chcecie coś z Avonu? ;)


I tak to się kręci w tym naszym polskim pierdolniku (zamiast się wspierać, to obrzucanie się gównem jest na porządku dziennym), że niektórzy za punkt opacznie postrzeganego honoru obierają sobie w życiu szczucie, jątrzenie i wymyślanie bredni, tylko po to, żeby wyczyścić sumienie, które i tak jest ściekiem. A Choroszcz i podobne tego typu miasta z wiadomymi placówkami już się dopytują o tego pacjenta... I pamiętajcie, jak zaznaczył Kermit: wszystkie postaci i wydarzenia są fikcyjne, a wszelkie podobieństwa do osób lub zdarzeń są ZUPEŁNIE PRZYPADKOWE!
ps: pozdro dla kumatych!


21.12.2025

POWER CARNAGE I




































21.12.2025

Za hajs z koncertu baluj!


21.12.2025

2025.12.20: Swaycage + Chryja + Shrot, Chicago, Kielce




















14.12.2025

2025.12.13: Metalowe Zwierzaki #31 (Uulliata Digir + Sacrimonia), VooDoo Club, Warszawa





















 


13.12.2025

POWER CARNAGE I


13.12.2025

2025.12.12: Autoscopy, Klub Baza, Kraków


06.12.2025

2025.12.04: Here On Earth + Second Life, Chicago, Kielce!



























28.11.2025

HIT ROKU!


28.11.2025

IDIOTA ROKU!


11.11.2025

Legenda!


11.11.2025

2025.11.10: Frett, Hydrozagadka, Warszawa!







11.11.2025

2025.11.07: Larmo, Klub Gwarek, Kraków!




















04.11.2025

2025.11.02: Author & Punisher + Bong-Ra, VooDoo Club, Warszawa




13.10.2025

Zdrowy ja!


13.10.2025

2025.10.12: Coramine + SubLunar, Chicago, Kielce




















29.09.2025

2025.09.27: HOYM Industry FEST 9 (Hedone), Rybnik






20.09.2025

2025.09.18: Return Of The Witch (HiHelga), Klub Baza, Kraków








15.09.2025/21.09.2025

Muzyczny newsik: byli członkowie Agressivy 69 w creditsach w ostatnim odcinku 23. serii "Komisarza Alexa". Choć jeden z błędem...



Jest i update w pierwszym odcinku nowej (24.) już serii - błędu nie naprawili, za to jebnęli kolejny...


14.09.2025

2025.09.13: Escape Reality Tour (Black Star Mantra + Hoax Of Upsala + Devaner), Chicago, Kielce





















13.09.2025

2025.09.12: Sautrus, Chicago, Kielce






08.09.2025

Na Current 93 jak na Autechre...


06.09.2025

2025.09.05: Ponurych Wersów Tour (Six Steps Forward + DeadDue + Still The Same), Chicago, Kielce




























30.08.2025

2025.08.29: Blood And Sun + Les Chasseurs De La Nuit + Michał Kiełbasa, Klub Alchemia, Kraków









16.08.2025

Się będzie działo!
https://www.facebook.com/events/1593778304935944/


30.07.2025

To się nazywa fakap! Wydarzenie z warszawskiej Proximy, pinezka dodana do Klubu Studio (Kraków), a link do biletów prowadzi... do zakupu takowych na krakowski koncert KMFDM!
ps. a i tak wiadomo, że w tym dniu wszyscy walą do Nieba na Broadricka! Chyba, że może i data koncertu SKYND jest z dupy ;)


27.07.2025

Feszynłik 2025, Kraków








12.07.2025

2025.07.08: Massacre, Klub Gwarek, Kraków (bonus)


10.07.2025

2025.07.08: Massacre, Klub Gwarek, Kraków









03.07.2025

2025.07.02: Larmo, VooDoo Club, Warszawa









30.06.2025

Wiedeńskie migawki und polskie, tamże, akcenty ;)


































19.06.2025

Dzisiaj Czechosłowacja na pełnej... ;)


01.06.2025

2025.05.31: Jude, Klub Mechanik, Warszawa




































19.05.2025

2025.05.16: LARMO, Progresja, Warszawa


















13.05.2025

"Rzeki przepłynąłem, góry pokonałem, wielkim lasem szedłem, w chuj życzeń dostałem!" DZIĘKI!


04.05.2025

2025.05.03: De/Vision, Liverpool, Wrocław




















02.05.2025

2025.05.01: Innersphere, Chicago, Kielce!











15.04.2025

2025.04.14: PastGlories, Chicago, Kielce










13.04.2025

2025.04.11: Succubus Fest Vol. 4 (Setheist + BlackKay + KEstrella + Caro Mane), VooDoo Club, Warszawa
























12.04.2025

2025.04.10: Swallow Earth + Black Bleeding + Cursed Darkness, Chicago, Kielce











09.04.2025

Wspaniała wczorajsza noise'owa uczta, wielkie dzięki!


01.01.2025

Jak co roku, pod jego koniec, podsumowuję sobie swoje życie koncertowe minionych 365 dni, bo już Boże Marudzenie za nami, choinka ubrana, toaleta obsrana, można zacząć celebrować nowy rok! A stary był szczególny, gdyż praktycznie na początku października moja aktywność się zakończyła, a to wszystko przez przymusowy pobyt w Tworkach, niestety. Broniłem się przed tym, gryzłem, drapałem, szczypałem (czym utwierdziłem drugą stronę w przekonaniu, że mi się należy) - wyrok został jednak wykonany, a mnie osadzono w izolatce czteroosobowej. Nie było tak tragicznie, jakby ktoś sobie mógł pomyśleć, mieliśmy na oddziale Michaela Jacksona, który podrywał, o dziwo, jedynie starszą klientelę, 60+. Był też Tommy Hitlerfiger, Rysiek z Ku Klux Klanu, Bruce Lee Shy, Łupież Goldberg, Kingsley (nar)Coman, Poncyliusz Piłat, Glut Skywalker i - najoryginalniejsza postać - Aleksander Kwaśniewski. Oczywiście to nie był on, dla ścisłości. Codziennie o 17.00 PM prowadził odczyty popularnonaukowe, a przynajmniej tak mu się wydawało. Dopiero po jakimś czasie się dowiedziałem, że "za normalności" był osiedlową złotą rączką, ale odczytem się już wtedy parał. Tyle, że to były cyferki na wodomierzu... Bardzo fajne zabawy tam poznałem, że przytoczę kilka nazw: "pocałuj żabkę w kuciapkę", "harosze kalosze", "cogito ergo srom", "srała baba w mak", "co by tu... włożyć do odbytu", "aby życie miało smaczek, raz dziewczynka, raz Tomasz Raczek", "weź uzi do buzi", "włóż albo przewóz" oraz "Sesame Squirt", ale o ich szczegółach nie będę tu pisał. Jednakże każda z powyższych gier była warta cieczki...
Dość obszerny wstępniak i jak to z życiorysem Jana Himilsbacha, który on sam go przedstawiał, w zależności, kto pytał, to była różna jego wersja. Pora na clou tego wpisu, czyli same koncerty, a zacznę od słowa: kulinaria! Disposable Soma na dwóch występach, na których miałem przyjemność być, uraczył wszystkich nalewką (za to w domu skończyłem już dopijać zapasy zrobione prze ojca, tyle było tych nalewek z agonii, że mało co się nie przekręciłem). Za to na MS (Michał Stawiński) Oberschlesien były ciasta prosto z blachy, własnej roboty (tak się domyślam). Jedną ręką filmowałem, a drugą pałaszowałem sernik. W ogóle to był jeden z najdziwniejszych koncertów, na których byłem. Michał, który ma za sobą różne uzależnieniowe przejścia, pod koniec występu ogłosił, że... to jest jego ostatni koncert i odchodzi z zespołu! Raczej to wszystko nie było ustawione (vide: zdziwienie reszty zespołu), bo w tym samym czasie jego partnerka wskoczyła na scenę i kazała mu kategorycznie odwołać swoją decyzję! W pierwszej chwili sobie pomyślałem, że to jedna z wielu dram rodem z kanału TLC, ale po późniejszym pogadaniu z Michałem i jego partnerką, popstrykaniu sobie wspólnych zdjęć, doszedłem do wniosku, że to jednak wzruszające było i chwytające za sernik... Za serce! Ach, mi się jednak ten show będzie już zawsze kojarzył z wypiekami (na twarzy). Tak w ogóle to polecam Netflixowy show kulinarny "Czy to ciasto?" - dla mnie bomba! A wracając do MSO - chyba się wszystko rozeszło po kościach, bo widzę, że nadal funkcjonują i chyba mają się dobrze. Ten koncert nie poszedł na YT, bo jak mi zaczęło przy każdym praktycznie tracku wywalać copyrighty, to albo bym wrzucił ze dwie pełne piosenki (łe, jak to brzmi: PIOSENKI!), a reszta na wyciszeniu, albo... Dałem za wygraną i jest on tylko na moim dysku, jak już spora liczba tzw. półkowników (pozdro dla kumatych), czyli nieupublicznionych full setów lub zdjętych z YT, niekoniecznie z własnej woli. Za to od pewnego czasu, w mojej ulubionej przydworcowej budzie w Krakowie "U Szwagra" (naprawili wreszcie schody ruchome, po tylu latach!) zrezygnowano z plastikowych sztućców, przerzucając się na drewniano-papierowe. Ja rozumiem bycie eko, ale tym się nie da jeść niczego, a że ja tam praktycznie tylko frytki zamawiałem, to prędzej mi było je nabijać na rękojeść. Tak więc do Krakowa zacząłem jeździć z własnymi widelczykami plastikowymi, co ekspedient zawsze z uśmiechem się mnie pyta, czy takowy posiadam. W Warszawie przy dworcu zachodnim działa restauracja (szumna nazwa) azjatycka. W sensie prowadzą ją Azjaci, ale menu w większości przypadków jak najbardziej tradycyjne, polskie: kurczak, kaczka, pies. I tam też już mnie dobrze znają, że jeśli ja coś kupuje, to są to zawsze frytki z ketchupem, ewentualnie jeszcze cola. Tam przynajmniej z plastików nie zrezygnowali, a ja już tak jestem popularny, że pewnego razu, jeszcze dobrze nie przekroczyłem progu, a zza lady już słyszałem okrzyk w moją stronę: "fritki z keciupem?" Tyle, że znaleźć tam miejsce do spokojnego zjedzenia, szczególnie zimą, graniczy z cudem. Bo to przecież w ciepełku lepiej poczekać (a poczekalnia jest rzut beretem stamtąd) - kupić colę i siedzieć przy niej pół dnia, albo w ogóle rozbić biwak, a jak się ma pociechy, to iść na całość: poproszę wodę niegazowaną, siedem kubków i mam jeszcze pytanie: czy mogę rozwiesić park linowy, bo autosan do Brześcia mamy dopiero jutro po południu, a muszę czymś dzieciaki zająć? Tak w ogóle to czekam na jakąś awanturę, scysję i ogólnie zamieszki jedzących z koczującymi, bo tak dalej być nie może! Ja, wiadomo, po której stronie stanę, i nie zawaham się użyć widelca! Zastanawiałem się przez moment, w tej jadłodajni azjatyckiej, jakbym trafił za ladą na kogoś, kto mnie nie zna i szybko wypalił: FRYTKI RAZ DWA, to by sobie ten ktoś pomyślał, że zamawiam dwie porcje frytek, czy jedną, ale migiem?! W krakowskim pubie Chicago za to nie mogłem się w ogóle dogadać z barmanem zza Buga co do piwa, którego bym się napił (nasza konwersacja miała taki sens jak obnażanie się przed niewidomą, więc lepiej od razu przejść do porządku nocnego). Tak myślę, że jakbym przeskoczył bar, chwycił Książęce Czerwone, otworzył je i czekał na możliwość zapłaty, on by się nadal krzątał w poszukiwaniu piwa, którego bym się napił. Na dodatek dość ostentacyjnie otwierał zakapslowane butelki, że jeden raz o mało co nie dostałem nakrętką w czoło. Z piwem to była też ciekawa historia w Hydrozagadce, choć chyba już porzucili ten durny pomysł. Jak wiadomo, palarnia jest na zewnątrz i żeby sobie zakurzyć, trzeba opuścić lokal, wcześniej dostając pieczątkę lub opaskę, by móc wejść z powrotem. Ale ktoś wpadł na pomysł, że okey, ale gdy masz piwo (w butelce, w ogóle szacun, że nie ma musu przelewania w plastikowy kubek) i chcesz wyjść na dymka, to... hejże hola! Albo zostawiasz piwo przy wyjściu, albo... przelewasz zawartość do ustawionych jednorazowych kubków plastikowych, i wtedy możesz wyjść. Ciekawa koncepcja, szczególnie, że obok są Chmury (ten sam właściciel) i tam takiego rygoru nie ma! No, ale w Hydro zakumplowałem się z jednym z ochroniarzy i mogłem bez przeszkód wychodzić z butelka na zewnątrz, tak jak to było wcześniej. A ten cały cyrk spowodowany jest podobno tym, że dużo szkła się walało po koncertach, często rozbitego, na podwórku przez klubem. Ja nic takiego nie zauważyłem - w Chmurach są bardziej ogarnięci klienci, lepiej wychowani? Ale hit to był dopiero na WIF (Wrocław Industrial Festiwal)! Już pisałem o tym w listopadzie, bo to nawet nie na wkurwie było, tylko na bece. Piwo było jak rok wcześniej, ale doszła kaucja. I w sumie to też nic nadzwyczajnego, bo np. w Krakowie to już jest powszechna praktyka, ale tutaj to był dopiero majstersztyk. Za alkohol można było zapłacić i gotówką i kartą, ale kaucja (10 PLN) już była do zapłaty jedynie w gotówce. Konsternacja zagranicznych widzów (Czesi i Niemcy są tam w większości) powodowała gigantyczne kolejki i niezrozumienie. Co prawda można było ominąć kaucję gotówkową i zapłacić ją kartą, ale wtedy już ona traciła ważność i była tylko dodatkiem finansowym do piwa. Można było sobie już ten kubek wziąć do domu - taki sam, jakie w Krakowie mają z kaucją 5 PLN, ale we Wrocławiu już 10 PLN. Ale to i tak nie był szczyt kosmicznego kosmosu, bo jak wysupłałeś jakimś cudem te 10 PLN, to dostawałeś jeszcze zielonego coina, który był w parze z kubkiem - później musiałeś mieć komplet, żeby zwrócono Ci kaucję - sam kubek, lub sam coin powodował, że kaucja przepadała. Powinni jeszcze tasiemki na szyję rozdawać, ażeby już było combo przy zwrocie kaucji. Ja sobie tak to tłumaczyłem: żeton wsadzamy do odbytu, kręcimy chujem pięć razy, jak wypadną dwa sine jajka to kolejne piw... Wróć! Kolejna kaucja gratis! Pod tym kątem, jak to się dawniej mówiło: organizacyjnie Stal Mielec (choć sam WIF, czyli koncerty, prima sort!). Marnym pocieszeniem był ostatni dzień WIF-u, niedziela, tzw. polski dzień, gdzie barmanka mi zakomunikowała, że "niestety, dzisiaj nie ma kaucji". Niestety... Pozdrawiam kolegę od zwierzątek, czyli małpek z Żabki - jeśli to czyta, to wie o kogo chodzi. Na koniec tego wątku jeszcze wspomnę o zespole Whitedemon z Hiszpanii, który gościł w Kielcach. Zaciekawiła mnie aranżacja ich koncertu, bo co chwila wokalistka zeskakiwała ze sceny, znikała gdzieś i się znowu pojawiała - myślałem, że może się przebiera, dojada rosół na backstage'u, czy może jest pora karmienia zwierzątek na farmie online, a prawda okazała się banalna: zatruła się dzień wcześniej kebabem w Krakowie i latała do toalety!
Tak w ogóle to powinienem zacząć od listy zespołów, które zaliczyłem (bez dwuznaczności!) w 2024 roku. I oto ona (alfabetycznie):
0%Mercury
1914
Ab Intra
Agarwaen
Agima Sun
Allarme
Alpha Zero x 2
Aluk Todolo
The Analogs
Angelcrypt
Archaic
Ariadne's Thread x 2
arottenbit
Arta Humana
As We Fucked
Asperatus x 2
Autoscopy x 2
Bad Sector
Banisher
Belmondo
Big ‡ Brave
Blac Kolor
Black Mynah
Black Star Mantra x 3
Blady Kruk
Body Void
Bohren & Der Club Of Gore
Borderline Bob
Borknagar
Bracco
Brighter Death Now
Burden x 2
Burning Sky
Caladria
Calamaze
Campa
Caro Mane
Chaingün
The Chisel
Cindytalk
Clairvoyance x 2
Combichrist
Condemned-AD
Coramine
Cozy Moss
Cradle Of Filth
Creeping Fear
Crypta
Cryptworm
Curses x 2
Czarny Bez x 2
Czerń
Dark Side
Data Corrupter
Datura x 2
Deadline x 4
Death Addict Society x 2
Death Has Spoken
Delayed Schedules
Derwana
Desiderii Marginis
DethOps x 2
Diatrema
Disposable Soma x 2
Distant Dream
Double Darkness
DRIFT
Dust
Duszno
Duy Gebord
Dying Wish
Dystopian Control x 2
Earth Crisis
Ekoa
Errorxism
Escape From Warsaw
Ethelyn
Eversis
EXA
Exessus
Eye Flys
Fall In Up
Fear Lab
Fifth Column
Filter
Final Gasp
Fleshcold
Fractal
Frailty
Frightful
From Today
Furia
Furminator x 2
Gaahls Wyrd
Ghostkid
Gluttony
God Dethroned
Goofy Ginz
GOZD
Grief, Christ x 2
Grimoire
Grób
Hallbar
Hanzo Hasashi
Headsic
HellRose
Herzoga
Hollywood Rose
Hostia
House Of Piru
Hubris.
Hukoskop
Illumishade
Illusion Of Safety
Imperial Sin
In2Elements
Infearnite
Infected Rain
Inmaze
Inner Sanctum
Inverne x 2
Iron Head x 2
It Follows
iwouldcutmyhands
Jantar
Kee Avil
KEstrella
Klangor
Kollaps
Kondratie
Królówczana Smuga
Księżyc
Kuthi Jin
L.U.C.A. (Last Universal Common Ancestor) x 2
Lana Del Rabies
Landscape Of Souls
Larmo x 4
Las Trumien
Last Penance
Lastborn x 2
Lavina
Leprozorium
Likho
Line Of Dead
Lunacy x 2
Lustmord + Karin Park
Luty
LWSTNDRDS
M.A.C. Of Mad
Maciej Ożóg
Madball
Martyrmachine x 3
Mastemey
Master Boot Record
MatraK AttaKK
Michał Stawiński Oberschlesien
Miernik
Milczenie x 2
Mindwar
Misguided x 2
Miyasis x 3
Mnich
Moira x 2
Monada
Moriah Woods
Morrath
Murderpact
My Heart In Atrophy x 2
Nakkeknaekker
Napieprzanko
Necrosodomistical Slaughter
Nenufar
Nervosa
New Disorder
Nitoa
Nitro Punch
Noise River
November Might Be Fine
Nuclear Venom
oDLoT
oldmold
The Other Place
Overflow
Pale
Pale Path
Pandemic x 2
Pharmakon
Pilori
Plaguemace
Pleśń x 2
Porosty
Pokusa
Post Modern Therapy
Praise The Sun
Pray For Plagues
Prayer Transmitter
Prey Of Monsoon
Protect This City
Pure Bedlam
R.I.P.
Raison D'Etre
Rascal x 2
Real Trvth
Renonce
Riotmiloo
Rope Sect
Rosary
Rotting Christ
Rycerzyki
S.T.A.B. Electronics
Sacrimonia
San Quentin
Scaregod
Schröttersburg
Scowl
screensaver
Searing Lightning x 2
Semprah
Seraina Telli
Serotonin Zero
Seth
Setyoursails
Shagreen
Sick N' Beautiful
Sieben
Sighs Of Death x 2
Six Steps Forward x 2
SKAcowani
Skov
Slaves Of Imperium
SLPWK
Smoleńsk
Sonar
Source Of Mary
Stacja B.
Sun No More
Sunami
Sunday At 9
Sutcliffe No More
SuteneR
Symbolical x 2
Synapsa
Sznur (1) x 3
Sznur (2)
Taczka Żwiru
TFJR
this.
Three Eyes Of The Void x 2
Thus It Ends
Toń
Toughness
Trepaneringsritualen
Truism
Twin Noir
Tyko Ching
UKĆ
Uncarnate
Vailos
Visions Of Atlantis
Void Spectrum
Wednesday 13
Weedumb
Whalesong
Whitedemon
Within Destruction
xDZVONx
Xeno & Oaklander
Xitocin x 3
Yanari
Years Of Denial
Yell.
Zamilska x 2
Zespół Sztylety
Złudzenia
Zoviet France
Jak widać, liderami są Larmo i Deadline, na których byłem po cztery razy. Na Deadline byłbym po raz piąty, na ich XX-lecie istnienia, w Tychach, ale jednak nie dojechałem. Na plus, że akurat oni zagrali w Kielcach, a Mirek nie. I jak zawsze, raz było fajnie, raz fajno, innymi razy fajowo, a czasami fajniej mniej, ogólnie przebogaty rok w koncerty, a mogło być jeszcze lepiej gdyby nie październikowa zapaść (no dobra zdradzę, już na poważnie, co się stało: wpadłem w spiralę chorobową, a przez ponad pół wieku to ja byłem bardzo okazyjnie u lekarza; raz to był udar, dwa razy HIV, trzy razy ospa, cztery razy po dwa razy... a teraz się posypało wszystko "dzięki" przeziębieniu). Na każdym z nich polowałem oczywiście na merch, ale już nie na koszulki/bluzy/czapeczki, bo musiałbym dokupić co najmniej jeszcze jedną szafę, ale na płyty CD (kolejny regał zawsze można dostawić), bo winyle trochę słabo się targa do Kielc, a złożyć tego nie idzie. Na Madball nie było chętnego do sprzedaży przez dłuższą chwilę, a na Rotting Christ (mając duży zapas czasowy, wybrałem sobie inną drogę do Hype Parku, która prowadziła przez... cmentarz - idealne nastrojenie przed koncertem, ale dobry humor zgasł, jak się okazało, że trzeba było znaleźć otwarte wyjście z tej nekropolii, a to już takie proste nie było; następnym razem już nie będę kombinował, tylko kierował się EKG, czyli głosem serca... Specjalnie sobie wyszedłem w środku ich koncertu, aby coś zakupić nie stojąc w gigantycznej kolejce przed i po koncercie. Ale nie było mi dane (może nie miałem wyjebane?), gdyż się okazało, że podczas koncertu RT nie ma sprzedaży na ich stoisku! Jakby sam Sakis obsługiwał ten cały kram. Nie, to nie, nie chcieli zarobić, przynajmniej na mnie, to trudno. Sporo osób obeszło się smakiem, bo zastosowali podobny manewr do mojego, a po ich występie, znowu nawałnica na merch, tyle że mi się już nie chciało dopychać. Dziwne podejście, jak na tak znany zespół. Filter przywiózł do Polski dwie koszulki i bluzę. Z braku laku jednak t-shirt zakupiłem, ale spodziewałem się dużo więcej. Pewnie wcześniej ich reszta merchu zeszła, no, ale trzeba być przygotowanym na takie ewentualności. Przy KEstrelli przydała się gumka recepturka (moje stałe wyposażenie), bo dostałem zdjęcie z jej podpisem, więc w rulonik i do domu. God Dethroned przywiózł do Krakowa masę płytek CD, w cenie 40 PLN - i to jest bardzo uczciwa cena! Przed nimi występował Archaic - Węgrzy przywieźli na sprzedaż nawet sosy, bodajże w czterech smakach - na Madballu (na stoisku jednego z ich suportów, nie pamiętam już którego) można było nawet deskorolkę zakupić. Plaguemace, które grało pomiędzy Hostią (swoją drogą trochę słabo, że zaczęli na bramce w Proximie wpuszczać z 15-minutowym opóźnieniem, a po drugim kwadransie już Hostia zaczęła grać - zgodnie z rozpiską - co większość i tak jeszcze się boksowała na bramce) i Cryptą, obdarowało mnie plakatem, jakimiś innymi gadżetami, dziękując, że byłem na ich koncercie i zapewne jestem ich wielkim fanem. A to nie do końca prawda, gdyż po Hostii zawinąłem się z kumplem do salki dla palących (duży plus w Proximie, że nie trzeba marznąć na zewnątrz, podobnie jest w klubie RE, za to w klubie VooDoo już ta atrakcja się skończyła - wyburzyli aneks dla palaczy, powiększając na Stage 1 płytę przed sceną), więc nam tylko gdzieś w tle grał Nakkeknaekker i Plaguemace, ale przecież nie będę narzekał. Za to kupując płytki Eye Flys (wydanie kopertowe), jedna z nich się skleiła, dopiero w domu zauważyłem, że mam zdublowany jeden z tytułów, co nim obdarowałem kumpla. Na Cold Meat Industry Night był tak drogi merch (płytki Brighter Death Now za ponad 100 PLN), że tylko się odwróciłem na pięcie i skończyłem zakupy na cd-kach Desiderii Marginis. Frightful natomiast zawinął się z merchem jeszcze przed końcem wszystkich koncertów (a to sporo kapel tak robi, że zagrają swoje i adios), więc także nie podreperowałem stanu ich portfela. Angelcrypt przywiózł kolekcję koszulek z ubiegłego tournée, więc można by rzec, że trochę słabo, ale... zeszli z cen do 60 PLN za t-shirt, więc to już była jak najbardziej słuszna cena. W ogóle przed ich koncertem w pobliskim kościele (kij wie jakiego wyznania), ktoś rozpylił gaz pieprzowy, więc było w tym dniu więcej atrakcji. Inner Sanctum w Kielcach miał naklejki w cenie 5 PLN - zazwyczaj jest to zawsze za darmoszkę, ale może też za wspólną fotkę kazaliby sobie zapłacić. Zamilska już tak wywindowała ceny za koszulki i bluzy, że odpowiednio kosztowały one (w piku) 120 i 210 PLN. A HellRose, ogromny plus dla nich, że w ogóle dojechali do Kielc, co prawda w niepełnym składzie (choroby) - innym by się nie chciało, ale oni nie dość, że dali radę, zagrali set lekko akustyczny, w obsadzie jaką mieli, a na pocieszenie dla widzów zrobili z tego tytułu darmowy wjazd. Ogromny szacun!
Postawa godna naśladowania, ale to jednak wyjątek, bo nawet nie zliczę odwołanych koncertów. W krakowskim Kwadracie ubzdurali sobie, że będą konfiskować... markery, które mam zawsze przy sobie, w razie gdyby zespoły nie miały ich pod ręką, a chciałbym jakiś ich autograf. Zazwyczaj są przygotowani i znajdą na szybko coś do sygnowania, ale czasami jest tak, że po kilkuminutowych poszukiwaniach przypałęta się tylko czarny zakurzony marker, a płyta plus książeczka właśnie w takowym kolorze jest. Dlatego, ja mam kilka barw w mojej podręcznej sakwie, ale w Kwadracie chcieli mi je po prostu ordynarnie zajebać. Bo, jak to tłumaczyli, być może mnie najdzie ochota na mazanie nimi w kiblu, a tam akurat dopiero co nowo pomalowany szalet! Really? Może jakbym miał 25 lat mniej, to bym o tym pomyślał, ale teraz? Skończyło się na czasowej konfiskacie, tzn. zostawiłem je w szatni, uprzednio robiąc im zdjęcie i z nim mogłem je po wszystkich koncertach odebrać. Polecam następnym razem zwracać uwagę na paznokcie widzów i anektować klucze. Przecież zawsze jakiś mądry inaczej może wydrapać w kiblu swoje imię i nazwisko wraz z peselem i znakiem zodiaku. Ja już miałem ochotę się tam w tym przybytku zesrać i pierdolnąć brunatny fekalny napis NIN - byłby adekwatny do tego, co przez ostatnie dwie dekady tworzy Reznor. Ciekawie było też w kiblu na WIF-ie. Normalnie jazda figurowa na moczu, prawie wywinąłem poczwórnego pee loopa, a największe zaskoczenie tamże? Otwieram drzwi od kabiny, a tam... pisuar! Nie srać, zwiedzać! Oprócz wątpliwych atrakcji kiblowych (tutaj ogromny plus dla Klubu Studio - niezliczona ilość kabin i pisuarów w męskim, plus trzy bary, jadłodajnia, ogólnie to najlepsze miejsce na świecie, ażeby nie tylko koncert zaliczyć, ale tez i posiedzieć przed i po w normalnej atmosferze, 5-gwiazdkowy luksus) przydałoby się jakoś klimatyzować pomieszczenia ze sceną, bo nawet kilka wiatraków i otwarte okna w szczycie upałów gówno dają. Niechlubnym przykładem jest krakowski Klub Baza - z Moiry lało się jakby wody płodowe właśnie jej odeszły, a Serotonin Zero... Wokalista w pewnym momencie śpiewał kucając, bo jakby wstał, to mu łeb by ujebał gorąc przy suficie. Normalnie Madison Skwar Garden. W Woolturze ostatnio chciałem przycwaniakować i nie zostawiać kurtki w "szatni", czyli na wieszakach umiejscowionych na ścianie. Niby już to przerabiałem w wielu klubach, np. w Pubie 2KOŁA, gdzie mi polecono "jebnąć bluzę na którąś z sof", ale w Łodzi przy wejściu zapytałem się o szatnię Pawła Cymermana (frontman Symbolical), który dzielnie siedział na bramce, wiedząc, że tej szatni nie ma. Taką też informację dostałem z zastrzeżeniem, że dzień wcześniej, na koncercie w Tomaszowie Mazowieckim (wraz z HellRose - ciekawe czy już w pełnym składzie byli), nagle wparowali dresiarze do klubu, poturbowali widzów i zajebali nie tylko kurtki! No to mi się trochę odechciało, ale po Ethelyn już płonąłem, więc wolałem iść na zwarcie z ewentualnymi agresorami niż czuć pot lejący się niczym mocz po nogawce spodni. Jednak w Łodzi nic takiego strasznego się nie wydarzyło, a z Pawłem miałem trochę do przegadania. Ciut się zdziwił i zaniepokoił, jak już siedząc przy swoim merchu wypaliłem do niego: "no to pora na rozliczenia finansowe!" Mina bezcenna! Jak Symbolical grało na Metalowych Zwierzakach zakupiłem trochę płytek, ale nie doszliśmy do finalnego rozliczenia, bo ani nie miał wydać, ani ja nie miałem odliczonych drobnych. Skończyło się na tym, że na 40 PLN, które im wisiałem, Paweł machnął ręką - niech mi się dobrze słucha! Ale, że ja jestem honorowy, to tuż po powrocie napisałem do niego, że mogę mu przelać na konto lub BLIK-iem - po dwóch miesiącach otrzymałem odpowiedź, że nie ma tematu. No, ale ja nie lubię nikomu wisieć hajsu, a przynajmniej tak niewielkiego. Więc stąd mój naskok na Pawła i oddanie mu tej kasy, z czego się bardzo ucieszył. W ogóle wtedy na MZ nagrałem ich cały koncert, ale że był to już ostatni występ tego wieczoru (Paweł ze sceny, retorycznie: pewnie jesteście już zmęczeni), a raczej już nocy, komórka dość wcześnie mi odmówiła posłuszeństwa (z tego gorąca czułem, że bateria jest na granicy roztopienia) i zrobił się typowy przegrzewczy OOS. Próbowałem w domu jeszcze ratować to nagranie, ale po kilku pocięciach, sklejeniach i wyprostowaniu synchronizacji audio z video, nadal coś nie grało - cały dzień nad tym siedziałem i dałem za wygraną. Zostawiłem tylko pierwsze 13 minut seta i takowy wisi na YT. Z Łodzi już jest całość, ale w tym klubie filmowanie metalowych setów to wyzwanie. Jeszcze Pawła i współtowarzyszy jakoś tam widać, ale jak byłem na Sznurze (tym metalowym), to praktycznie mogłem sobie włączyć dyktafon i nagrać sam dźwięk, tak nie było opcji, żeby się przepchać i zrobić dobre ujęcia filmowe. Za to na Nenufarze w VooDoo stała koło mnie kobieta, na tym podwyższeniu na Stage 2, i tak tupała nogą obutą w glana, że od razu ją nazwałem Tupac. Nie dość, że żyje, to jeszcze tupie! Po kwadransie już mi nie było do śmiechu, bo taki szedł rezonans od tego stukania obcasem, że odezwał mi się w pewnym momencie kebab ofutrowany dwa dni wcześniej i podchodził pod obydwie dziury. A Kebab King to była moja ulubiona restauracja we Wrocławiu. Wracając grubo po północy, jedynie ten wyszynk był otwarty, i to tuż za rogiem mojego hotelu. To chyba jest sieciówka, bo w Łodzi też na Google Maps w pobliżu hotelu wyczaiłem ten przybytek. Poszedłem, kupiłem kebsa, a ten mi podaje takiego do zjedzenia na miejscu. Więc mówię, że zamawiałem na wynos, to... owinął mi go tylko w folię aluminiową (dobrze, że nie w brudną ścierkę), żadnej reklamówki, torby, serwetek - smaćnego! Już miałem oburzony warknąć: i co, kurwa, mam sobie go doturlać do kwatery? Jakoś go jednak doniosłem, ale prawie się złamał na pół, a że to nie był Kraków, nie miałem słynnego widelczyka, to musiałem sobie jakoś poradzić. Więc jeśli Kebab King, to tylko we Wrocku, w którym pięknego, zimowego dnia, znajoma mnie przeczołgała 3h wycieczką po nim, za co dozgonnie jestem jej wdzięczny. Na WIF-ie był jak co roku problem z biletem, zapomniałem już jak było w 2023 r., ale szybko sobie przypomniałem na bramce tegorocznej. Zgapiłem się i karnety czterodniowe się rozeszły dość szybko, więc musiałem na każdy dzień zakupić osobny bilet, co trochę mnie to pociągnęło po kieszeni. I na bramce pytanie o moje dane: Przemysław Skóra. Pudło, nie ma takiego. Konsternacja. Ale jak to nie ma, wszystkie kwity miałem jakby coś w telefonie. Okazało się, że jest Przemysław, ale z nazwiskiem... Kerulet. Jakimś cudem kiedyś tam przy rejestracji tak się to wszystko pogmatwało, pozamieniały pola do wypełnienia, że zaraz po powrocie do domu już poprawiłem dane. Z biletami to największe jaja były z tymi na Earth Crisis. Zakupiłem go na długo przed imprezą, oczywiście kolekcjonerski na Biletomacie, ale czekam, czekam, ani widu, ani słychu. Więc piszę do nich z zapytaniem. Dostałem linka do śledzenia przesyłki i co się okazuje? Dwa tygodnie temu bilet odebrałem! No, aż takiego Alzheimera jeszcze nie mam, żebym o tym nie pamiętał, więc zacząłem drążyć. Okazało się, że Poczta Polska zagubiła go, a raczej nasz firmowy regionalny listonosz. On był w szoku, ja trochę też, a ze to spoko gość, bo każdą korespondencję dostarcza na biurko, a nie jak niektóre pojeby (bo tam rotacja listonoszy jest szalona) kolanem upycha w naszej mikro skrzynce pocztowej na zewnątrz. Oczywiście mogłem napisać skargę do PP, ale wtedy by gościa zapewne wyjebali z pracy, on już nawet mówił, że mi odkupi ten bilet, byleby nigdzie tego nie zgłaszać. Wyjaśniłem sytuację w Biletomacie - za opłatą 30 PLN przysłali mi nowy, więc nawet tych pieniędzy nie egzekwowałem od niego. Czasami, szczególnie na stand-upach jest wielki szok, że ktoś pokazuje na bramce kolorowy bilet (raz z tytułu zakupionego owego kartonika miałem w pakiecie zdjęcie, autograf i drinka za free przy barze). I nie raz się tak zdarzyło, że jak zabierają te wydruki lub skanują kody z telefonu, to mi chcieli zajumać pamiątkę, no bo okazałem już, a oni rekwirują i proszę się dobrze bawić. No nie po to wydawałem sporo więcej kasy, aby zostawić komuś bilet, który zaraz po evencie ląduje w specjalnym klaserze. Raz to nawet kierownika trzeba było wzywać, ażeby tłumaczył siksie na bramce, że tego się nie zabiera.
Największa karuzela biletowa i tak była w moim przypadku z koncertem Meshuggah, a nawet z ich dwoma występami w Polsce. Na długo przed zakupiłem wejściówkę do warszawskiej Stodoły, tyle, że w międzyczasie wypadł w tym samym dniu Incoming Transmission (House Of Piru + Tyko Ching). Zastanawiałem się dłuższą chwilę, co zrobić z tym fantem, bo na dwóch koncertach jednocześnie być raczej nie mogłem. Napisałem do KnockOuta, który organizował Meshuggaha, nie licząc na nic, ale czy może jest szansa na anulowanie biletu i zwrot niemałych kosztów. O dziwo, zrobili precedens, patrząc na moją historię zakupów u nich i zwrócili kochane pieniążki! Od razu zakupiłem bilet na krakowski set Meshuggaha, który miał się odbyć dwa dni później w Klubie Studio. Ale, ale... Znowu zmiana planów, bo akurat na ten dzień wskoczył Suicide Commando w VooDoo! Wybór był prosty, już nie pisałem do organizatora, tylko sprzedałem bilet na necie i czekałem z utęsknieniem na SC. Tyle, że tym całym bajzlem zarządzał Pink Hearts i finalnie Johan van Roy nie dojechał (zagrał tylko w Zabrzu, bo tam Wiatrak sam to wszystko ogarniał), z winy PH, który także dał dupy przy organizacji Das Ich i Diary Of Dreams. Mam nadzieję, że ta lipna menedżerka z Ukrainy zdechnie szybko i zniknie z powierzchni Ziemi. Na koniec tego akapitu ciekawostka. Jak wiadomo oszuści działają także w sferze biletowej - ileż to można znaleźć ogłoszeń przy wydarzeniach koncertowych, że ktoś ma do odstąpienia bilet lub dwa w bardzo dobrej cenie, jedynie należy do nich napisać priv. Najśmieszniejsze, że te boty już publikują te anonse przy koncertach, gdzie płaci się jedynie na bramce, albo jest wstęp wolny. Ale bilet u nich możesz zawsze zakupić!
Z klubów, które najbardziej polubiłem, to warszawskie 2KOŁA, VooDoo i Proxima, a w Krakowie: Klub RE (chociaż tu się słabo nagrywa, gdy jest duże obłożenie ludzkie, nie wciśniesz palca, więc badanie per rectum jest trudne do zrealizowania). A to dlatego, że są one najbliżej dworca, i z buta można do nich spokojnie i bez pośpiechu dojść. W Krakowie zresztą do wszystkich klubów z MDA jest z miarę blisko, najdalej 50 minut dymania z buta to chyba Zaścianek, w zagłębiu klubowym (plus Gwarek i Studio). Z Kwadratu akurat nie wiem, ale kiedyś miałem po koncercie kupę czasu do Flixa, więc nie wziąłem taksy - ot, przejdę się. No i tak mnie prowadzi Google Maps, że wylądowałem na jakichś jebanych bagnach! A na telefonie: śmiało, szerokiej drogi. Dobrze, że się w porę cofnąłem, bo być może do dzisiaj bym tam walczył z aligatorami. Krakowski Hype Park to dopiero oryginały. W zależności od gwiazdy i sprzedanych biletów, tak manewrują miejscem, że na np. Rotting Christ było 100% sali przed sceną, na Filterze o połowę mniej, a na Big Brave zrobili taki klon Gwarka. I ma to sens, przynajmniej nie widać pustostanu wśród widowni. Jak The Analogs grali w Kielcach, w słynnym już Chicaco (2000 PLN - kara za nagrywanie!), to się cieszyli, że mieli sold-out. I na stronie to nawet fajnie wygląda, bo przecież nikt nie będzie wnikał i weryfikował, że 50 osób to już jest full. Z rozbrajającą szczerością ze sceny przyznali, że akurat z tego powodu lubią tu często przyjeżdżać, a będą już na początku lutego, tylko, że mi termin ich koncertu koliduje z innym, ale może się skuszę. Bo akurat na nich to zawsze warto! Ale perełkę zostawiłem na koniec. Squat Zaczyn, już nieistniejący, byłem tam tylko raz, na noise'ach, tydzień później wpadła policja z ochroniarzami i wyjebali wszystko i wszystkich, przywracając, w ich mniemaniu, normalność. Ogromna powierzchnia, przejść od zakamuflowanego wejścia na salę koncertową to trzeba było mieć mapkę, podobno to były pozostałości po jakiejś piekarni, czy coś w tym stylu. I nawet było spoko, scena, piwko, było gdzie usiąść, jakieś wydzielone palenisko, ale... na moje nieszczęście zachciało mi się oddać mocz, więc pytam grzecznie, gdzie ubikator. Po wskazówkach, jakoś go odnalazłem, a w środku... Panie, żulom by się odechciewało z niego skorzystać! Niby kibel jest, ale z adnotacją, że spuszczanie wody nie działa, trzeba się posiłkować wiaderkiem z wodą. Wiadro, widzę, stoi, ale, kurwa, puste! Z tego to i Salomon... Ale są i dalsze instrukcje - dwa obszerne kosze na śmieci wypełnione wodą, trzeba sobie ją tylko naczerpać do wiaderka! Piękności! Dobrze, że mi się nie chciało dwójeczki, bo bym musiał chyba ten kosz przechylać... W Klubojadalni Młodszej Siostrze (czy to się w ogóle odmienia, a jeśli tak, to czy każdy człon?) natomiast chciano mi zajebać... piwo. Tak nie do końca, oczywiście, odstawiłem je sobie, a koleś je po prostu wziął, jak swoje! Tak mu się wydawało, ale po krótkiej wymianie uprzejmości stanęło na jakże uśmiechniętej Polsce i dwóch patriotach - a to było na koncercie Martyrmachine. W Krakowie na nich, dla odmiany, zajebano mi bluzę! Z upływem czasu, całe to zdarzenie okazało się przezabawną sytuacją. Wtedy (początek kwietnia) było dość ciepło na zewnątrz, ale wiedząc, że będę wracał w środku nocy, zaopatrzyłem się w bluzę - moją standardową nieśmiertelną koncertówkę - Cannibal Corpse. Wszystko to się wydarzyło w Klubie Baza, więc ciepełko było tam już na horyzoncie. Z braku szatni, ciepnąłem, jak inni, na jakąś sofę to moje odzienie. Z czasem klub zaczął się wyludniać, bo ostatni set (iwouldcutmyhands) miał ponad godzinę didżejki. Pod jego koniec zostałem już sam. Bluza, patrzę, leży nadal na sofie, ale coś mnie tknęło. Jedną ręką nagrywając, drugą już wyczułem w dotyku, że to nie jest moja CC! No i zaczęły się poszukiwania, które nic nie dały - ktoś sobie wziął moją bluzę, a ta, co została, nawet nie przymierzałem, od razu było widać, że się w nią nie zmieszczę. Zostawiłem ją na barze wraz ze swoimi danymi, jakby ktoś jednak się po czasie zreflektował, że się pomylił i zabrał nie swoją rzecz. Nie liczyłem na cud, ale dzień później wszystko już było wyjaśnione, rzeczywiście nastąpiła pomyłka i bluzę mi odesłała dziewczyna do domu. Do dzisiaj utrzymujemy kontakt ze sobą - nie swoja bluza zbliża! A Klub Baza... Napisałem do nich, że już jest sprawa nieaktualna, bluza się odnalazła, na co dostałem odpowiedź, że... oni jeszcze nie mają żadnych informacji, nikt się do nich nie zgłosił, ale trzymają rękę na pulsie i pomogą jak mogą w odnalezieniu mojej zguby! Już dalej nie konwersowałem... Te dwie sytuacje łączy łódzki EBM-owy band, więc się zastanawiam, czy będąc na nich po raz n-ty jakbym chciał zdjąć buty, aby rozprostować stopy i rozpylić leśną bryzę, to by mi ich ktoś nie podwędził, ewentualnie sznurówki by tylko zostawił. Jakoś tak przy nich mam, więc muszę na siebie uważać!
Przy Zaścianku można sobie posiedzieć (bo na pewno nie odpocząć) na ławeczce przed klubem i poczekać na wejście, wiedząc, że zawsze jest obsuwa. Tylko dlaczego oni w tym miasteczku akademickim zrobili zaokrąglone siedzenia ławek? Po 10 minutach moja śledziona miała odleżyny. Najtrudniej mi było trafić na koncert screensaver - w jakimś nowym klubie Stakkato się odbywał. Adres: Kraków, ul. Ślusarska 9, patrzę w Google Maps, no ładna dróżka, niedaleko klub Warsztat, idziem. Będąc już prawie na miejscu, na początku ulicy sprawdzam numery, i kolejność idzie tak: 6, 8, 10... 4! No coś tu nie gra, gdzie numer 9, pomijając fakt, że po drugiej stronie ulicy był jeszcze większy kipisz. Dopytuję w Żabce, ale to były lata świetlne do satysfakcjonującej odpowiedzi. Przechodzień już był bardziej użyteczny - tam gdzie była czwóreczka, trzeba było iść jeszcze dalej i dalej, za szlabanem, w prawo - i bingo! Podobnie było z zakotwiczeniem w Rockhouse Studio (też Kraków), nawet Disposable Soma, z Warszawy zabłądzili na GPS-ie. Nie ma się co dziwić, w pewnym momencie można zamknąć aplikacje lokalizacyjną i zostaje tylko rozpytywanie ludzi. Ale największą zagwozdkę miałem z klubem Hybrydy na Złotej. Wiedziałem, że będę na Dworcu Centralnym na długo przed startem wydarzenia, więc wpadłem na pomysł dojścia tam pieszo, gdy zobaczyłem jeszcze w Kielcach, że max 20 minut mi to zajmie. Wysiadłem tamże, odpalam GM, a tam... 5 minut jedynie do klubu! Być może wydostałem się z dworca jakimś tajnym wyjściem nakierowanym na Hybrydy. Tak, tylko, że po 20 minutach błądzenia, moja frustracja sięgała zenitu. Na telefonie już niby jestem na miejscu, a tu numery jakieś 68, 70 (Hybrydy na Złotej 7/9). Okazało się, że musiałem wbić dokładnie nazwę i numer ulicy, nie sugerować się pinezką na stronie klubu i... szedłem jeszcze i szedłem, aż doszedłem... na ulicę Złotą! Ile tych pozłacanych ulic jest w stolicy? Godzinę mi zeszło w sumie, ale i tak byłem przed czasem, choć na miejscu posmutniałem - okazało się, że organizator (KnockOut) zakazał, ażeby tak jak zwykle, palić w miejscu do tego przeznaczonym w środku klubu, więc trzeba było na Combichrist wychodzić na zewnątrz (a powinna być blacha na ścianie: KATEGORYCZNY ZAKAZ PALENIA!! Chyba, że się bardzo chce, to można...). Przy wejściu podchmielony jegomość już walczył z reżimem (ochroną), która nie chciała go wpuścić na koncert, choć miał bilet (jak sam twierdził: 19 lat czekał na ich koncert!), bo ewidentnie był pod dużym wpływem. I to nie muzyki CC… Odgrażał się, że policję wezwie, robił zdjęcia ochroniarzom, gdzieś je wysyłał, ale chyba nic nie wskórał, bo po wszystkim nadal siedział na zewnątrz, więc teoretycznie był na koncercie, w linii prostej nawet niecałe 20 metrów od sceny. A jeszcze jak audio przenikało przez ściany, to mógł w jakimś tam promilu uznać koncert za zaliczony. Jeszcze tylko wspomnę o wrocławskim klubie Łącznik - byłem tam pierwszy raz, bo zostałem po WIF-ie jeszcze jeden dzień, na Master Boot Record (1h45m koncert!) - tu najdłużej waliłem z buta, ale miałem nielimitowany czas, więc ok. 1h zeszło w jedną stronę. Droga prosta, przez ZOO, tylko na miejscu dziwnie, bo jak już przyzwyczaiłem się do "szatni" z samymi wieszakami (a był sold out), których nikt nie pilnuje (katowicki Piąty Dom to dopiero był pierdolnik, kiedyś był tylko jeden pałąk, na którym można było się rozpłaszczyć, więc i ja skorzystałem; po zawodach, reszta niezabranych kurtek i bluz leżała w kopczyku na podłodze, więc można było się poczuć jak w ciucholandzie wybierając, a raczej szukając, swojego odzienia), ale że piwa nie było? Drugie Wolskie Centrum Kultury? Gwoli ścisłości: było, ale same wynalazki, sam piłem... miodowego Litovela - po dwóch butelkach miałem dosyć. Życia też... Normalnie pełen pół-profesjonalizm! Idąc świątecznym tropem: zwykłe piwo było jak 13 potrawa na stole wigilijnym, czyli not available, a siorbanie tego słodkiego ścierwa było tak bezsensowne z mojej strony jak morsowanie w czerwcu.
Jeździło się przede wszystkim na zespoły, o których dotychczas za wiele nie napisałem, bo właśnie teraz przyszedł na to czas, tak na koniec. W tym miejscu chciałem podziękować (prawie) wszystkim wykonawcom, na których byłem, bez Was nie byłoby... koncertów (jakież to odkrywcze!). A ja nie nagrywając popisów scenicznych nie byłbym milionerem z hajsu z YouTube'a! No tak, wiele osób już mi się pytało, ile wyciągam ze swojego kanału i, to akurat pewnie tylko w przemyśleniach im się przewijało, nie artykułując głośno, czemu jeszcze na te koncerty nie jeżdżę wypasionymi furami, co tydzień inną - z hajsu z YouTube'a! Tak, przebogaty jestem dzięki swojemu kanałowi. Przebogaty w doświadczenia... Bardziej się obawiam, że jakiś band, jak zauważy nagrywkę swojego koncertu, zgłosi to do YT, a ja dostanę ostrzeżenie. Można mieć ich góra dwa naraz, po trzecim leci kanał. Każde mija po 90 dniach, więc po resecie mam jakiś oddech i trauma na chwilę znika. Kasy nie mam z tego żadnej, co może nie każdy rozumie, a to, ile wydałem na bilety, dojazdy i merch... Lepiej tego nie będę sumował, bo są to pewnie astronomiczne kwoty. Tak więc, ogromne dzięki dla wykonawców na których byłem lub nie (nie dojechałem, a chciałem być), ludzi których poznałem, a także starą gwardię, którą spotykam co i rusz. I teraz polecę nazwami kilku zespołów, które mogą co najwyżej ode mnie fucki dostać. Pierwszy z nich to Amduscia! Specjalnie dla nich skasowałem swój pobyt w Poznaniu na Psyclon Nine (miałem już bilet i dojazdy), ale wybrałem się na Amduscię, a oni nie dość, że nie dojechali w ogóle do Warszawy, to nie było z nimi żadnego kontaktu! Zabalowali na WGT i olali występ w Polsce! Ale... nie ma tego złego. Tak coś czułem, że może to wszystko się wykrzaczyć, bo wydarzenie nie było dostatecznie grzane, zero ogłoszonych suportów, więc sobie wyhaczyłem miejsce, gdzie w razie czego miałbym się okrętować, żeby nie stracić całkowicie wypadu do Warszawy. I w pubie 2KOŁA się działo, oj działo! Było bardzo punkowo, do tego stopnia, że komórkę musiałem dociskać kolanem i brodą, żeby mi nie poleciała w zaświaty. A i tak zaliczyła jeden wyskok - ja tylko byłem w strachu, żeby mnie nikt nie popchnął na sofę, bo tam się rozgościła jakaś dziewczynka ze słuchawkami na uszach, totalnie nie zainteresowana koncertem, wpatrzona w smartfon. Jakbym na nią upadł... Nie byłoby czego zbierać. Największy klops z komórką miałem na koncercie Chaingün w krakowskim klubie Buda. Tam był thrash, ale ja miałem hardkor. Jak się zaczęło pogowanie i zalążki circle pit, to się grzecznie przesunąłem w bezpieczne miejsce - nie raz tak robiłem i wychodziłem z tego cało, ale teraz... Ktoś musiał specjalnie mnie pchnąć tak w rękę, że smartfon mi z niej wyleciał, odbił się od ściany i zaległ na podłodze. W drugiej ręce miałem piwo, więc schylając się po telefon, nagle się zrobił wulkan z butelki, więc ratowałem się przed zalaniem, ale patrzę w telefon - nadal nagrywa! No to lecimy z koksem! 30 sekund później identyczna sytuacja - potem już tylko stałem, wypatrując tego żartownisia, bo chętnie bym zakończył ten cały koncert wyjebując mu butelką w łeb. Ale się nie doczekałem...
Kolejny, i ostatni, to ukraiński projekt 0%Mercury - odjebali taką fuszerkę... Nawet nie grali 30 minut (a byli headlinerem), a w czasie występu robili licytację koszulki i gadali farmazony pacyfistyczne, więc czystego grania może był kwadrans z hakiem. Ale... Akurat w tym samym czasie, na drugiej scenie VooDoo popis hip-hopowy dawał niejaki sm0ku. A że już była końcówka jego pląsów, to nawet nie było obsadzonej bramki. Dopytałem tylko, który to ten sm0ku, bo na scenie było chyba z siedem osób rapujących i poszedłem na fajkę. Jak już sm0ku zakończył swoje wygibasy, to wyszedł też do ogródka, a że to młody gość, więc piwko jedynie 0% (byle nie Mercury!). Jakoś nie leciały do niego fanki, czy fanowie (dobrze odmieniam w tym szalonym świecie z poprawnością polityczną na wszystko), więc podszedłem do niego z wielkim entuzjazmem gratulując mu super występu! Zacząłem go chwalić od stóp do głów, i oczywiście robić sobie z nim fotki - stał jakiś starszy gość (w moim wieku), więc poprosiłem, aby popstrykał trochę na kliszę. Okazało się, że to jego... ojciec! No to peany pochwalne pod jego adresem, że ma takiego uzdolnionego syna, etc. Do dzisiaj mam w pamięci, żeby puścić sobie chociaż 30 sekund jego muzyki, żeby się nie okazało, że moje pochlebstwa były na wyrost. Ale chłopakowi zrobiło się miło, chuj, że nie byłem nawet na 2 minutach jego koncertu (tak jak na Plaguemace). Innym dzieciarnianym show był Sprzęgło Fest, też w VooDoo - kurde, nie doczytałem, że owszem, będzie rock/metal, ale to wszystko do 21 lat! Więc byłem seniorem wśród tłumu i grzecznie stanąłem w kolejce do wejścia, tyle, że to zaczęło trwać w nieskończoność, bo każdy musiał mieć papier podpisany przez rodzica, ażeby mógł wejść. Dobrze, że znam trochę ochroniarzy tego klubu, więc mnie puścili bokiem. Na samych koncertach... latały staniki. Nie to, że zdejmowane w przypływie ekstazy - dziewczyny poprzynosiły je osobno i rzucały w idoli. Sam się zastanawiałem, czy nie pierdolnąć swoimi slipami na scenę, bo akurat dzisiaj miałem dzień bez biustonosza. Final Gasp - nawet fajnie zagrali, jakoś nie porywająco, ale dostatecznie. No i już skończyli koncert, ludzie powolutku zaczęli się rozchodzić, na co zespół... nie był przygotowany! Oni mieli bisy, a tu nikt nie poprosił o encore! Zagrali chyba jeden kawałek dodatkowo i wtedy już był koniec definitywny. Datura - wokalistka zawsze boso, gdzie by nie występowała. Czy aby to jest higieniczne? Przecież na tych scenach się przewija wszystko, więc jak nie ma jeszcze grzyba na stopach, to gratulacje, ale co się odwlecze, to później pięta piecze... Hollywood Rose (Guns N' Roses Tribute Band - Hungary) - gdyby zmrużyć oczy, to jeszcze ten zespół przypomina wizualnie GNR, ale nie basista. Tu nawet przy zamkniętych oczach, nadal go widzę, ale może to nie miał być Duff, chyba, że na sterydach i przerwanym odwyku od Kebab Kinga. Pilori - ależ to był ogień w Chmurach! Jeden z najbardziej energetycznych występów (może się z nim równać chyba tylko Kollaps, też w Chmurach; jak Wade wskakiwał w tłum, to nie brał jeńców!). Ktoś jednak nie pomyślał do końca i nie powynosił sprzętu sprzed sceny i opartego o ściany. Zrobiła się z i tak niedużego klubu straszna klitka, normalnie clitoris. Pilori chyba dzień później grali w Poznaniu, co po występie dali upust na FB, że zacytuję: "Poznan was the worst gig of this tour so far. One of the shittiest crowd we ever met... But, however, many thanks to the few people who was curious to not just watch their friends bands. And the only other thanks we wanna give is to the very beautiful people of Yell". A ja ich nagrałem cały set z Chmur - myślę sobie, jak go znajdą, to mnie opierdolą, że zamiast się bawić, to kręciłem filmy. Jakież było moje zdziwienie, jak kilka miesięcy po tym wydarzeniu, napisali do mnie z ogromnymi podziękowaniami za nagrany w całości set, który na mediach społecznościowych dość długo promowali. Na Pilori, jak tylko się znowu pojawią w Polsce, lecę jak w dym! Xeno & Oaklander dali bardzo dobry występ, ale wracając z fajki/piwka nie byłem w stanie w Klubie RE dopchać się bliżej sceny i nagrać całego występu. Coś tam nakręciłem, ale że taka była gruba obsuwa czasowa, to musiałem przebukować FlixBusa na za tydzień. A ich występ zapamiętam jeszcze z jednego powodu. Dojeżdżając do Krakowa, siedziałem w wagonie pełnym dzieciaków, bo albo przyjechały tu na dłużej, albo wracały do domu z jakichś kolonii, a że i tak miałem czasu w ciul, to rozpakowałem tą wycieczkę, w sensie pościągałem plecaki, walizki, torby, co panie-opiekunki były ucieszone z takiego pomagiera. Trzeba pomagać, choćby z nudów... Inmaze natomiast miał release party - nagrali płytę (chyba to był debiut) i promowali ją w VooDoo. Młody, dość ciekawy thrashowy zespół i publika też w podobnym wieku. Ale dwie niespotykane rzeczy tutaj miały miejsce. Oczywiście nakręciłem ich cały koncert, ale czułem się podczas nagrywania... nieswojo. Jak obcykałem, to chyba sześć kamerek w różnych miejscach mieli rozlokowanych i pewnie lepsze sprzęty od mojego OPPO - takiego natłoku rejestratorów jeszcze nie widziałem. Drugą rzeczą była korba, z którą się chodzi na protesty, ewentualnie zwiastuje sygnał alarmowy. Nagle się pojawiła wśród widowni i sobie każdy mógł nią zakręcić. Tak mnie to zaciekawiło, że aż... sobie taką sprawiłem prywatnie! Będzie do kompletu z megafonem. Rascal na tym koncercie aż dwie gitary popsuł, dobrze, że mieli rezerwowe... Searing Lightning - dwa razy na nich byłem, za każdym razem byli pierwszymi przedskoczkami. Oczywiście następne kapele dziękowały swoim poprzednikom, ale coś poszło nie tak w nazwie. Najpierw dziękówy odebrał zespół Searching Lighting, a później Searing Thunder! No cóż, każdy się może pomylić... Ale może to nie przypadek - na obydwu graniach w krakowskim Garage Pubie mieli tak długie soundchecki (dłuższe niż oryginalny set!), że najpierw As We Fucked został prawie siłą ściągnięty ze sceny (koniec czasu, tam jest limitowany, chyba max do 22.40 można grać), a później Deadline nie zagrali wszystkiego. Pomiędzy gigami Searing Lightning a As We Fucked grał Line Of Dead - to był jeden z niewielu koncertów nagrywanych przeze mnie na siedząco. Dziwnie się czułem, ale się nie zmęczyłem w ogóle, bo miałem dość ładny plan zdjęciowy przed sobą, zero łbów na linii ognia i w obrysie łapałem cały zespół. Na Warsaw Noise Attack 3 tak się to wszystko przeciągnęło, że chyba po 2-ej w nocy dopiero zrywałem się na dworzec, ostatni koncert też nagrywałem siedząc, przysypiając, ale chyba chrapanie się nie nagrało. Na tymże dworcu (dyliżans miałem czwarta coś) miałem branie - jakiś pijaczek sobie usiadł koło mnie i w pewnym momencie, hyc, już się na mnie pokładał. Stanowczo mu zwróciłem uwagę, że nie mam ochoty na zaloty. Jakby jednak nie był tak najebany, to kto wie! Innym siedzącym koncertem było Shagreen w Turnusie Na Wolskiej, ale to było w tamtym roku, pewnie o tym pisałem, tutaj tylko dopowiem, że poznałem wtedy bardzo fajny młody zespół Złudzenia - wtedy to był ich debiutancki występ, na początku tego roku znowu byłem na nich, tym razem w Chmurach, ale się dowiedziałem, że to najprawdopodobniej ich drugi i zarazem ostatni koncert, gdyż wokalistka ma inne plany muzyczne i chce opuścić zespół. W sumie, to nawet nie wiem, czy się rozlecieli, ale szkoda by było. Three Eyes Of The Void w VooDoo zakomunikowali, że jeszcze zagrają dwa utwory do końca, ale się nie udało, bo tam był czas na żyletki i skończyło się na jednym. O KEstrelli już wspominałem, ale przed nią występował Caro Mane. Jakież było moje zdziwienie, gdy się okazało, że to najnowszy projekt Mai Konarskiej z Moonlight. No nie spodziewałem się... Na Earth Crisis były kombinacje z line-upem - Moira wystąpiła jako pierwsza, a miała grać w środku, a to dlatego, że mieli... leworęcznego perkusistę i nie chcieli majstrować z ustawieniami w klatce. Aczkolwiek niektóre zespoły technicznie są tak przygotowane do występu, jak ja na wizytę komornika - niby soundcheck zakończony, ale nadal trwa już podczas właściwego koncertu, normalnie niekończący się rehearsal. Najbardziej jednak mnie mrozi przy występach metalowych jak wokalista intonuje do mikrofonu: come closer/chodźcie bliżej (w zależności jakiej nacji jest), i wtedy już wiem, że komfort nagrywania drastycznie maleje. Derwana i Syrbski Jeb mieli zagrać swego czasu w Potoku, i szykowałem się już na nich, tyle że w pewnym momencie wydarzenie zostało anulowane. No to piszę do Derwany: ocokaman? Oni też zdziwieni, a nawet zszokowani, nic nie wiedzieli, nikt ich nie uprzedził, szykowali się do występu. A to sam Potok, zapewne widząc jaka jest licha sprzedaż biletów, w ich miejsce zabukował kogoś bardziej nośnego - Nagły Atak Spawacza! Freakowe podejście do sprawy... Podobnie było na eliminacjach Bloodstock, gdy ni stąd ni zowąd Banisher został zastąpiony Dragonem, i jeszcze to tłumaczenie dlaczego tak ma być - żenada roku! Banisher wyklęty! Szykowałem się też na Sighs Of Death w sierpniu, ale Gravery spadło z rowerka na ostatniej prostej i będę musiał jeszcze poczekać na ich wizytę w Kielcach. Na Curses byłem dwa razy, w Krakowie i dzień później w Warszawie - w stolicy to bardziej na Bracco pojechałem, bo akurat w pierwszy gig był z innymi suportami. Miazga była z koncertem Curses w stolicy, miejscowy dźwiękowiec miał słabszy dzień, jeden z kawałków zaczynali trzy razy i mieli chyba ochotę zejść już ze sceny. Po wszystkim widziałem, jak gość, który to miał wszystko ogarnąć sam był w szoku, że taki babol wyszedł. Ale zrobiłem sobie fotkę z wokalistą Bracco, który trzymał się na totalnym uboczu od wszystkich, nawet od Curses i swojego kompana z zespołu. Zamilska w Niebie skończyła koncert przed czasem, jak jej trzeci raz wywaliło prąd. Za drugim razem zabawiał publiczność Pachu z Hostii, bo akurat wtedy miał z nią featuring. W Niebie na tyle poprawiło się miejsce dla palących, że już nie była to droga na oślep po schodach, ale wydzielone miejsce na zewnątrz. Tak mikre, że tworzyła się kolejka do palarni i ochroniarze pilnowali, żeby status quo palących na zewnątrz zostało utrzymane. Ale i Pharmakon miała problemy z odcięciem i to niekoniecznie elektrycznym. Po prostu w pewnym momencie zawadziła nogą o jeden z kabli i poleciało jakieś ustrojstwo ze stołu. Na Renonce wprowadziłem wszystkich w wielkie zakłopotanie. Chciałem kupić płytkę (była tylko jedna Real Trvth), ale na rozpisce było, że 10 euro kosztuje taka przyjemność. Traf chciał, że akurat wtedy nie miałem nic euro przy sobie! Więc się pytam, ile to na nasze i... kartka została zabrana, zaczęły się obliczenia, po czym ustalono, że wyszło 50 PLN, w sumie okey, zapłaciłem, płytka schowana, ale... Biega po klubie wokalistka Double Darkness, jakby kogoś szukała. A szukała mnie, jak się okazało. 10 PLN mi oddała, bo... źle przeliczyli! Znajomej nie mieli wydać za winyla ze 100 PLN (koszt 80 PLN), to w dobrym geście za tą resztę... miałem bluzę Renonce! No, takie interesy, to ja lubię! Exessus (band z hiszpańskiej Barcelony) przyjechał do Kielc także z merchem i kartką z cenami. Tyle, że coś mi nie grało, bo wszystko było... w koronach czeskich! Ale z pomocą kalkulatora dało radę przekonwertować to na złotówki. Condemned-AD... Ach, to jest też ciekawa historia, nie tylko merchowa, chociaż od niej zacznę. Męczyłem basistę o jakiś merch, a on, że owszem, mają, ale nie wystawili jeszcze na stolik. Skończyło się wszystko i nadal gówno było na blacie, więc nie odpuszczałem. Widząc moje zdeterminowanie, poleciał do busa, przytaszczył walizkę, jak jakiś uciekinier z trzeciego świata z całym w niej dobytkiem, otworzył ją, a tam była jakaś koszulka (do dzisiaj się zastanawiam, czy to do sprzedania, czy na zmianę) i jedna sztuka płyty, którą wygrzebał spomiędzy innych bibelotów. 20 PLN to uczciwa cena, więc wziąłem, już o więcej nie pytałem. A obok stał czwarty członek zespołu, bo zabrał się z nimi w tournée, ale z ręką w gipsie trochę niekomfortowo się łoi na gitarze. Oni właśnie byli headlinerem na trasie, a mieli być jedynie głównym suportem, a gwiazdą brazylijski Gestos Groceiros. Cała europejska trasa zaczynała się dwa dni przed koncertem w Kielcach, ale GC już w świętokrzyskie nie dojechał. Menedżer i jednocześnie kierowca obydwu zespołów, w ramach niespłaconych należności przez zespół wobec niego zaanektował ich sprzęt, zniszczył i przesłał im fotki, sugerując: no to pograne! Tak więc fatygowali się z dalekiej Brazylii tylko na jeden koncert (Gdańsk), stracili sprzęt i z powrotem do domu. Iron Head w Kielcach to dopiero miał problemy techniczne. Przyjechali z własnym stołem (jak choćby Deadline), ciągle coś ustawiali, gitarzysta chyba z 20 razy przed występem latał do konsoli, a jak już wyszli na scenę to się dopiero zaczęło. Najpierw nowa basistka zaczęła zgłaszać problemy, później się posypała gitara (nawet z gitarą biegał do ośrodka kierowniczego), a na sam koniec wokal. Luzacki Smoleńsk i ich wokalisto-basista miał tak skonstruowaną gitarę, że był w niej zamontowany koszyk na butelkę z piwem. Oryginalne rozwiązanie, byleby nią nie trzepać za bardzo, bo i złotego płynu szkoda. Pogadałem przypadkiem z perkusistą metalowego Sznura (dopiero w połowie pogawędki wyszło szydło z worka), a Slidize wysłał mi dwa razy płytki CD, bo prosiłem z autografami, zapomnieli o tym, ale już w drugim rzucie takowe były, piękny gest z ich strony. Mógłbym jeszcze sporo pisać, ale chyba już i tak jest przesyt. Pamiętajcie, na koniec, drogie dziatki, w Białej Małpie się nie pali!
p.s. dla niedojadersów anglojęzycznych, krótki słownik-tłumacz, jak zagadać na koncercie do zespołu, swoisty pisuar-vivre:
fuck you -> serdecznie witam pana/panią
fuck off -> uszanowanko
your mother is a cunt... -> po ile ta koszulka?
...and your father is a big dick -> a będzie coś taniej?
suck my cock -> do zobaczenia na następnym koncercie
your kid is ugly bastard -> twoje wiosło to rzemiosło!
what a piece of shit! -> fajna czapeczka!
go home, suckers! -> napierdalać!
fuck you! fuck off! -> jeszcze jeden i jeszcze raz! jeszcze siedem!
do you fight? -> przybij żółwika
lick my balls! -> poproszę o darmowa vlepkę
Dobrym zwyczajem jest kichnąć wokaliście w twarz lub splunąć na jego buty!!
---
Jakież było moje zdziwienie wsiadając do pociągu relacji Kielce - Warszawa, gdy na ekranie wyświetliła się trasa do... Budapesztu! Aż dwa razy się musiałem pytać, czy to (Ama)zonk, czy jednak wsiadłem nie do tego wagonu. Z tym InterCity to zawsze jest kabaret, jak nie podstawią skład zastępczy (komfort jazdy jak spanie na taborecie), gdzie nie masz swojego miejsca i musisz szukać pierwszego wolnego (a jak nie ma takiego, to peszek), to wracając z WIF-u, z Wrocławia, bite 4h jazdy, jakiś gówniak się zesrał na samym początku i już do końca waliło w przedziale. Z FlixBusem za dużo lepiej nie ma, bo jazda na GPS-ie czasami się kończy fatalnie i trzeba nadrabiać kilometry, bo się przejechało zjazd, lub... cofać do niego na trasie szybkiego ruchu (vide: powrót z Nervosy - tak w ogóle, to jaki numer buta nosi wokalistka, bo wydaje mi się, że są to gabaryty Shaquille'a O'Neilla)! Najbardziej mnie rozbraja we Flixie, jak już staje na tym dworcu w Kielcach i słychać z głośnika: stajanka diesiat minut! Koszmar senny, jaki mi się już przydarzył dwa razy, to taki, że kierowca się zatrzymuje i oznajmia przez mikrofon: Dworzec Myślenice! Ja zesrany wstaję: o, kurwa, przejechałem Kielce! Skąd te Myślenice, i czy tamtędy w ogóle jeździ FlixBus? Zanim ruszę z Krakowa, a wiem, że jedzie bezpośrednio do mnie, więc jak już się rozpędzi, to nikt się nie dosiądzie do mnie, wtedy to zawsze sobie nucę kolędę, niezależnie od pory roku: ruszajże Jezuniu... A co do PKP jeszcze, sami na stronie piszą, że przed odjazdem pociągu należy sprawdzić tor, peron i... opóźnienie. Nie ma tam słowa "ewentualne", więc wiadomo o co chodzi.


ARCHIWALNE NEWSY 2024
ARCHIWALNE NEWSY 2023
ARCHIWALNE NEWSY 2022
ARCHIWALNE NEWSY 2021
ARCHIWALNE NEWSY 2020
ARCHIWALNE NEWSY 2019
ARCHIWALNE NEWSY 2018
ARCHIWALNE NEWSY 2017
ARCHIWALNE NEWSY 2016
ARCHIWALNE NEWSY 2015
ARCHIWALNE NEWSY 2014
ARCHIWALNE NEWSY 2013
ARCHIWALNE NEWSY 2012
ARCHIWALNE NEWSY 2010
ARCHIWALNE NEWSY 2009
ARCHIWALNE NEWSY 2008