|
O roku, uff!
Bogactwo koncertowe, jakie miało miejsce w mijających dwunastu
miesiącach przekroczyło stan krytyczny. No to lecim z listą
zespołów, które udało mi się zobaczyć w ubiegłym roku
(alfabetycznie):
]]]][[[[
2nd Face
Acid Row
Agima Sun
Agonised Too
AION
Alfah Femmes
Allarme
Alles x 2
Alos
AmbiViolence
Amorphous
Ampacity
An On Bast
Ancient Methods
Animozja
Ankor
Arlekin
Artur Rumiński x 2
Ash Nazg Burz
Ater
Autechre
Author & Punisher
Autoscopy
Bartek Kalinka x 2
Between The Buried And Me
Bezdech
Black Bleeding
Black Philip
Black Star Mantra
Blackkay
Blasphemous Worshiping Satan
Blind Delon
Bloodred Hourglass
Blood And Sun
Body Void
Bön
Bong-Ra
Bother
Boys Noize
Brat
Bright Ophidia
Brighter Death Now
Burden x 3
Burning Sky
Buzz Kull
C.H. District
Cabaret Grey
Caro Mane
Ceremony Long
Chryja
Ciśnienie
Cobra Spell
COEVO
Conquer Divide
Coramine
Crowbar
CTIB
Current 93
Cursed Darkness
Cut Hands
CYBERCORPSE
Daemon Ex Machina
Dame Tu Alma
A Dark Reborn
Dark Side
Das Ich
Data Void
Davide Pepe
De/Vision
Dead Posey
Dead Tahiti
DeadDue
Deadline
Death Reapers x 2
Der Blutharsch And The Infinite Church Of The Leading Hand
Desert Drone
Desiderii Marginis
Despizer
Deux Lynx
Devaner
Diary Of Dreams
Die Krupps
dISHARMONY
Disposable Soma
DJ Zverokvark
Dlina Volny
Drab Majesty
Düsseldorf x 3
Dystopian Control x 3
Eat My Teeth
Echoberyl
Egoist
Ekhto
Ekotonika
Eleine
Elektryczność
Entropia
Error Theory
Fear Factory
Fiasko
Final Stage
Fix8:Sed8
Flower And Pines
Forced To Mode
Frayle
Frett
Frozen Plasma
Fugitivus
Full Of Hell
Galaktyka Mięsa (Galaxy Of Flesh)
Gash Faith x 5
Gen 26
Godflesh
Goralenvolk
Gothminister
Government Alpha
Gravestone
Grief, Christ
H.EXE
Hallbar x 2
Halls Of Oblivion
Halny
The Halo Effect
Hämatom
Hanzo Hasashi x 2
Hastings Of Malawi
Headwinds
Heimstatt Yipotash
Here On Earth
Hermann Kopp & Am Not
Hermodice
Hexendecimal
HiHelga
Hiroszyma x 2
Hoax Of Upsala
Hobokobold
Humiliation
Hydra
Hypovolaemia
Ikahari
Induction
Innersphere
Insomnia
Invocation Nature Euphoria
Jad
Jeremiah Kane
Jesus On Extasy
Job Karma
John Duncan
Johnny Tupolev
Jude x 2
The Juggernauts
kakofoNIKT
KAVE
KEstrella
Kenopsja
Khirki
King Satan
Klogr
Kontagion
Kontravoid
KSY
KYLESA
L.U.C.A.
Lakeside X x 2
Larmo x 7<-> ZWYCIĘZCA! (PO RAZ KOLEJNY)
Las Trumien
Last Penance
Leaether Strip
Leaves' Eye
Les Chasseurs De La Nuit
Lie After Lie
little man, figurine
Livgone
Lotus Reaction
Lunacy
LWSTNDRDS
Machine Head
Madmoizel
Marilyn Manson
Martyrmachine
Massacre
Mastodon
Mazut
Meä Culpa
Meandry
Meta Meat
Metradar
Męty x 2
Michał Kiełbasa
Milczenie
Mind Affliction
Ministry
MOAN
Mono No Aware
Monster Hurricane Wihajster
Moon Valley
MorphiuM
Mundivore
Mutual Trust
Nachtmahr
Najakotiva
Nameless Creations
Napalm Death
Napieprzanko x 3
NER\OGRIS
Nim Nadejdzie Jesień
Nine Inch Nails
Nitzer Ebb
Noiseniors + monaW + Chrup
NOORD
Nostrrromo
November Might Be Fine
Nytt Land
O.D.R.A
Obituary
Obsidian Mantra
Oderfisch x 2
Odyum
OFF-COURSE
Ohyda
Okrutnik
Olaf Olafsonn And The Big Bad Trip
Oldmold
Ordo Rosarius Equilibrio
owls woods graves
Paganland
Pain
Parasites' Haven x 2
Past Glories
Pastry
Paterna Spirituum
Pełzak
Piki
Pimpon
Pokurcz
Portion Control
Purulent Circle
Quantum Void
Raison D'Etre
Rites Of Fall
Roksana Niewiadomska
Rosegarden
Rotersand
Runaway Devils
Russell Haswell
S O M A
S.P.O.C.K
Sacrimonia
Säkkikangas
SARS
Sautrus
Schiza
Schloss Tegal
Scythe Of Sorrow
Second Life
Semprah x 2
Serotonin Zero
Setheist
Seven Kingdoms
Shagreen
Shantidas
Shearling
Shrot
Sighs Of Death
Six Steps Forward
Slasia + Szajerka
Sleepwalk
Slow Slow Loris
SLPWK x 3
Smauż
Smoke Rites
Solar Fake
Solar Trip
Solitary Experiments
Sonance
Still The Same
Stoneman
Straight Razor
Striker
SubLunar
Suicide Commando x 2
Sun No More
Swallow Earth
Swaycage
System Noire
Szklane Oczy
Sznur (noise) x 3
Sznur (metal)
SZNYT
Techniques Berlin
Temperance
Test Dept
TFJR x 3
Thaw
Thorofon
Thundermother
To Avoid
Toń
Torschlusspanik
Torul
Toxaemia
Treny
Tribulation
Turmalin
Turmion Katilot
UFO Shadow
Unify Separate
Unleash The Archers
Uulliata Digir
Vamacara
Der Verlorene Faden
Vernissage
Vilgoć x 2
VNV Nation
Volt Ritual
Vox Low
Vulvarine
VVV [Trippin'you]
Waterside
Weedcraft
Weedow
WhoreMother
Wisielec
World, Interrupted x 3
Worms Of Senses
Worran
Wrong!
Xitocin x 2
Yanari x 2
Ygaam
The Young Gods
Zabloudil/a
Zadushka x 2
Zakaz Palenia
Zdechły Anioł
ZŁE OkO x 2
Złygüst
Zona R-1
ZyniC
Sporo, co? Wiadomo, że robotę zrobiły festiwale (WIF,
Defibrylator, itp. i TEDE), co nie zmienia faktu, że trochę się
bywało tu i ówdzie. Czy to ostatni tak bogaty w koncerty rok?
Bynajmniej aczkolwiek jednakże azaliż! I to pomimo choroby, na
którą zapadłem, czyli na bolimię (od BOLI MIĘ), tudzież
funkcjonuje nazwa krosterkeller, a na żadne z powyższych nie
działa już drapacholin. Zastanawiałem się co jest gorsze:
krwiomocz czy krwiokał, i napiszę Wam, że najgorsze jest combo
jednego i drugiego, szczególnie jak jedynka z dwójką idą w
parze. I nie da się tego wyjaśnić tym, że dwa tygodnie temu
jadłem buraczki... Był kiedyś taki piłkarz - Basile Boli - ten
to dopiero musiał cierpieć. A zaczęło się (to moje
koncertowanie) niezbyt fajnie, bo sporo kapel nakręciłem pełnych
setów, jedni byli zadowoleni, inni mniej, trochę półkowników
przybyło, ale jednemu zespołowi nie daruję, choć nazwę pominę.
Po nagranym koncercie, podszedł do mnie jeden z jego członków z
prośbą o udostepnienie całej nagrywki. Nie ma sprawy, nie raz
tak robiłem, ale oni nie dość, że sobie wrzucili na kanał cały
set to nawet się nie zająknęli, kto go nagrał (żadnych creditsów)
- cóż, temu zespołowi już podziękuję - na bank nie pojawię się
na ich żadnym koncercie. Chyba, że dobrze zapłacą... Nie koniec
było negatywnych zdarzeń, od których zaczynam, np. na koncercie
Gash Faith w krakowskiej Bazie jeden z uczestników tak się
zamachnął (niechcący), że wyjebał mi prawie całe piwo na bluzę
Cannibal Corpse. A dopiero co była prana, więc to kolejne
zdarzenie tej bluzy z tym klubem. Złą informacją było także
odwołanie koncertów Gutalaxa w Polsce, choć do teraz nie znam
powodu takiej decyzji. Przebił ich jednak KMFDM, który przełożył
całą europejską trasę (który to już raz Polska nie ma farta -
już od 2005 r. czekam na nich -
zdjęcie 37), a miałem już bilety
na Kraków i Warszawę - to kolejne moje podejście do Kapt'n i
kolejny raz w dupę. Pierwszy raz odwiedziłem klub Mechanik w
stolicy, i ogólnie byłoby dość sympatycznie, gdyby nie
przeciekający szklany dach (topiący się śnieg zimą; za drugim
razem z dachem było już wszystko w porządku, ale z drzwiami do
kibla już niekoniecznie -
zdjęcie 10) i dziwny hotel, gdzie dwa
razy wymienialiśmy kartę wejścia, bo się nagminnie psuła. A
wszystko to na poziomie 9. piętra, gdzie w swoim bloku na
takowym mieszkam, więc za każdym razem, gdy wjeżdżaliśmy na
górę, śpiewałem sobie kielecką piosenkę (na modłę "nic się nie
stało"): piętro dziewiąte, najbardziej poniżające, piętro
dziewiąte, poniżające w chuj! A do tego jeszcze zimnica i burza
śnieżna - nie był to wybitnie zdrowotny wypad na początku
stycznia do Warszawy na Noir Fest (mimo to na
zdjęciu nr 5
wyglądam na zadowolonego). Powtórzyłem eskapadę na to wydarzenie
do Łodzi, hotel był już w miarę okey (HoildayInn;
zdjęcie 6 -
lekko chybotliwa popielniczka), ale papier toaletowy...
normalnie bibułka. Zanim zerwałem listek już był w częściach,
kończyło się to zawsze na podcieraniu (chcąc nie chcąc) palcem.
Ażeby im to uświadomić, wycierałem go w umywalkę, taka moja
zemsta. Ale przynajmniej dwie karty chipowe dostałem, co nie
wyciągałem jednej w ogóle z konsoli, by się wszystko nie zresetowało (ogrzewanie) do ustawień fabrycznych. Jeszcze tylko
lampka mi świeciła całą noc, bo za chuja nie mogłem znaleźć
wyłącznika, a wyjmować karty nie było sensu. Najbardziej mnie
jednak tam zmęczyło nie nagrywanie koncertów (ani praca, ani
dojazd), ale... Karczma u Chochoła - tak się nażarłem, że nie
miałem, z powodu senności, chęci na nic. Czasami tam się
stołuję, bo jedzenie zawsze na wysokim poziomie. Aż sobie
musiałem między końcem koncertów a afterparty pójść na kwaterę
(pięć minut piechotą), byle się chociaż na godzinę kimnąć i
wrócić na parkiet. Tyle, że gdy już wstałem była akurat 6.49
rano, więc chyba after się już zakończył... A na występie Alles
ktoś nie pomyślał do końca z puszczaniem mgły z dymiarki, bo jak
się wokalista schylał coś tam pogrzebać w swoich gratach, to
dostał z niej w ryj tak, że aż ja jęknąłem. Ogólnie cały styczeń
jechałem na niedoleczeniu - przeziębienie i gorączka (na dowód -
zdjęcie 1). Innym ciężkim momentem była likwidacja palarni w
Potoku - tam zrobili jakąś ankietę i już było wiadomo przed
ogłoszeniem wyników, że przepastny pokój zostanie przerobiony na karaoke. Teraz trzeba wyłazić na parking, co w zimę powoduje
wyjebanie się na lodzie tam zalegającym. No, ale teraz po pijaku
można sobie popierdzieć w mikrofon w ciepełku... W Potoku
spotkałem się także z kiblem dla VIP-ów (zdjęcie 2). A może to
babcia klozetowa akurat miała przerwę w pilnowaniu, a że taboret
dla niej za twardy... Raz tam byłem świadkiem afery przy barze,
jak jakiś podchmielony KURWA JEGOMOŚĆ zażartował z barmanki, a
(chyba) szefo tej placówki nie przebierając w słowach go
wyjaśnił i ostatecznie go wyjebał na zbity pysk. Może to nie
będzie zbyt poprawne politycznie, ale tam jest dźwiękowiec,
który utyka na jedną nogę - ja go nazwałem akuśtyk. Chyba się
nie obrazi... Z innych nieciekawych sytuacji... Zakup kilku
płytek Gothministera był pomysłem dobrym, ale z nauczką na
przyszłość. Niektóre z nich były rozfoliowane, nie sprawdzałem
na miejscu - dopiero w domu - i okazało się, że w jednej z nich
brakuje książeczki i... płyty CD! Ponadto na tym koncercie
zirytował mnie zrulowany dywan w miejscu (w rogu przy scenie),
gdzie prawie zawsze stoję (najlepsze nagrywanie tam się odbywa)
- może ktoś przyleciał nim. W Hydrozagadce kolejnym problemem
(stałym) dla mnie jest... lewa noga, gdzie, tak jak wątrobę przy
chlaniu, trzeba by było wozić zapasową, aby na rampie do
wchodzenia na scenę ustać - kto tam bywa, ten wie ocokaman.
Nachtmahra w VooDoo natomiast filmowałem, mając miedzy nogami
rurę ciepłowniczą, ponadto na jednej z kolumn stał nie
działający (czemu?) wiatrak, który trochę przeszkadzał mi w
nagrywaniu, więc go co jakiś czas pchałem do przodu aż do
satysfakcjonującej mnie pozycji. Jakby spadł z kolumny, to chyba
byłbym gwiazdą wieczoru, jak pewien gość, który na Metalowych
Zwierzakach przez cały utwór szukał stoperanu, który mu wypadł z
ucha. Chyba był cenny, bo z włączona latarką zaanektował całe
miejsce przed sceną - nawet mu niektórzy pomagali w
poszukiwaniach, ale wszystko na nic. A wracając do Nachtmahra
(jeszcze mi się udało na drugiej scenie zaliczyć końcówkę Planet
Of Zeus), to powrót miałem też ciekawy - jakiś pasażer sobie
sięgał do nowoczesnego bidonu (takiego co to pewnie przez wifi
kontroluje jego temperaturę) na górnej półce i tak to zrobił
niefortunnie, że mu on wypadł i się rozlała ciecz po FlixBusie.
Niby nic, zdarza się, nawet powycierał wszystko zanim
ruszyliśmy. Tuż po starcie autokaru wydawać by się mogło, że
traci on moc, zwalnia, aż do zatrzymania. Jednego, później
drugiego, bo się okazało, że został zalany czujnik
przeciwpożarowy i nie mogliśmy w ogóle złapać rozpędu. Cud, że
dojechaliśmy... Z tym niefortunnym FlixBusem (monopolistą
autobusowym w Polsce, jakby ktoś nie wiedział) to grubsza
sprawa. Gdy już się jakoś przyzwyczaiłem do opłat za obsługę
przy zakupie biletu, to wprowadzili (wydaje się, że już na
stałe) lichwiarskie zwroty za bilety na nieodbytą/anulowaną
podróż - im bliżej początku podróży, tym mniejszy zwrot kasy z
rezygnacji z biletu - przy zakupie za 50 PLN, można czasami 9
PLN odzyskać. I z tym się już pogodziłem, tyle że ktoś mądry
inaczej zadecydował, że przez ostatnie parę miesięcy w 2025 r.
zlikwidują dwa przejazdy po północy z Krakowa do Kielc (1.15 i
2.00). Ale jedynie we wtorki, środy i czwartki (przeto nie
dojechałem na RUHR)! W inne dni kurs o godz. 2.00 pozostał na
grafiku. Głupota? Owszem, bo zawsze sporo ludzi jeździło nimi, a
PKP (oj, nauczyłem się, żeby spuszczając wodę trzymać od tego
wodospadu daleko dupsko [dlatego sikam na siedząco i sram na
stojąco], bo może zassać jelita; a i jedzenie "na wynos" się nie
za bardzo u mnie sprawdza -
zdjęcie 19; a propos - wzięliśmy
sobie kiedyś dania na miejscu - ja schaboszczaka, smakował
wybornie, gdyż był praktycznie robiony, a później pieczony przy
nas, tak więc polecam WARS - 69/666) to już w ogóle zwijają
szyny po 21-ej w Krakowie w stronę stolicy, aby dopiero przed
czwartą z powrotem rozwinąć. Gdy wracałem z Krakowa (Deadline)
do Kielc wywiązała się szarpanina kierowcy FlixBusa z niedoszłym
pasażerem, który wyraźnie był pod wpływem i to niekoniecznie
alkoholu. Skończyło się co prawda na splunięciu kierowcy w twarz
i zwinięciu go przez ochronę dworca. Sam nie raz wracałem na
bani, ale robiłem wszystko, aby nie dać po sobie poznać i jakoś
dostać się na pokład. Co w tym roku przyniosą autokarowe
wycieczki, oprócz opóźnień, Szatan raczy wiedzieć. Po Napalm
Death, było tak zimno, że aż rozkład jazdy zamarzł na stanowisku
- trzeba było paznokciem zdrapywać szron z szybki, żeby
cokolwiek dojrzeć. Tak sobie narzekam i pomstuję, jak typowy
Polak, co mu się wszystko nie podoba - taki chyba żem (już)
jest, a i PESEL potwierdza, że trzeba się powoli przyzwyczajać
do demencji. Kiedyś, z krótką przerwą między Katowicami a
Warszawą będąc na chwilę w domu chciałem się jakoś doprowadzić
do ładu i składu, a tu siurpryza: nie ma wody w całym bloku!
Dobrze, że jakieś resztki miałem jeszcze w czajniku, to chociaż
farfocla obmyłem. Identycznie miałem przed podróżą do Wiednia (Nine
Inch Nails) - także zabrakło wody. Tu akurat powód był mi znany
- wyjebało szambo w piwnicy (całą ją zalewając) i zakręcili na
czas nieokreślony całą wodę w bloku. W ogóle wypad do Wiednia
był epicki, już pomijam fakt, kto się zgubił na NIN, ale
mieliśmy tam zaplanowany na dzień później Wacken Metal Battle
Austria (zupełnie mi nieznane zespoły miały tam zagrać; jakieś
regionalne austriackie bałagany), który na parę dni przed
wyprawą został odwołany - taki psiku(ta)s - a jak już
znaleźliśmy alternatywną miejscówkę (Viper Room) do potańczenia,
to się okazało, że płatność (za wszystko) tylko gotówką! Podobna
sytuacja miała miejsce w Langen przy barze, co jest raczej mało
spotykane nawet w polskich spelunach. W VR była fajna potańcówka
(audio puszczone "Sin" NIN w... wersji wideo, więc wiadomo jak
okrojone), ale dresscode był od sasa do lasa, np. przyszło kilka
niewiast razem - jedna miała kozaczki, druga buciki na wysokim
obcasie, trzecia klapki PUMA, a ostatnia adidasy. To się
dobrały... I jeszcze dwie notki okołopolskie - pomijając
przyhotelową restaurację (Erni's), co za zamówione żarcie
płaciliśmy gotówką, bo tak chciał właściciel - napisał nam na
kartce kwotę, przyjął kasę i wyjebał kartkę do śmieci. Tak się
omija austriackie prawo! Dr. Pepper o smaku wiśniowym
(wyprodukowany w Polsce) na półkach tamtejszego marketu (zdjęcie
16) oraz spotkanie z pewnym zespołem o nazwie Defrage Reload.
Jest to estoński band rockowy, który sprzedawał swoje płyty w
okolicach wejścia do metra. No i ja sobie zakupiłem dwie sztuki
(czyli chyba całość dyskografii), ale nie bardzo było jak się
rozliczyć gotówkowo w eurasach, więc wpadłem na pomysł, że
zapłacę polskimi złotymi - po przeliczniku (50 zł. za 2 szt.),
każdemu się opłacało, a ja nigdy bym nie podejrzewał, że polska
waluta przyda mi się w Wiedniu! A i się ucieszyli, że kogoś
spotkali ze swojego regionu geograficznego. Później widzieliśmy
ich na dworcu, także opylali swoją muzykę. Do zapamiętania także
salon Pischingera (oj, grube zakupy były, ale szkoda, że tak
prażyło, więc się wszystko zdążyło roztopić) oraz bitwa śniadych
taksówkarzy przy dworcu kolejowym... W Krakowie za to pojawiła
się nowa świecka tradycja, bo do starej, tj. kaucji za kubki z
piwem, zdążyłem się już przyzwyczaić. Natomiast anektować na
bramce flamastry, ażeby nie pomalować ichniejszych kibli to
trochę za dużo. Myślałem, że tylko Kwadrat (na koncercie Unleash
The Archers to już prawie osobistą kontrolę przeszedłem i
badanie prostaty, ale widelczyków plastikowych [potrzebnych do
raczenia się frytkami w budzie "U Szwagra" przy dworcu MDA, choć
teraz to się jakoś inaczej nazywa; po Dlinie Volny poszliśmy tam
na zapiekanki: zamówione, czekamy, czekamy, już dobre 20-25
minut mija, więc podbijam do okienka z pytaniem, ile jeszcze -
"kucharz" łapie się za głowę, otwiera piekarnik, bucha dym i
wyjmuje dwa podłużne węgielki - nie miałem już czasu czekać na
nowe, więc głodny wróciłem do domu) wprowadził takie
obostrzenia, a tu bęc - na Die Krupps w Hype Parku (swoją drogą
to się nadaje na dłuższy wywód - jak można spierdolić taką
miejscówkę jej nowoczesnym remontem) sytuacja się powtórzyła.
Czyli Kraków bez pisaków. Farsą było też afterparty po DK, gdzie
w porywach było z pięć osób (w tym sześć już najebanych) i
muzyka (akurat tu na plus oraz to, że palarnia jest w środku
lokalu) z YT - jeszcze się dobrze nie zaczęło, a już (z braku
chętnych) się skończyło. Jesus On Extasy miał na merchu
naklejki, zazwyczaj są one dawane za darmo w formie reklamy, ale
nie, to zbyt UZNANY zespół, więc wołali sobie za nie 20 zł. (na
polskie). Dobrze, że zagadałem tam kogoś z obsługi swoim łamanym
esperanto, a Ela mi jedną zajebała. To się nazywa praca
zespołowa... Te negatywy to mógłbym wymieniać bez końca, ale
postaram się zmieścić jeszcze w kilkudziesięciu zdaniach. Miałem
tu wrzucić refren, co akapit (których i tak chyba nie będzie),
"Hamuj Piętą" - to nazwa lokalu gastronomicznego w Warszawie,
który ze względu na uroczą nazwę przykuł moją uwagę i choć był
odległy od naszych kwater (Vieux Crane w Chmurach i Hydrozagadce
i tamtejsze spanko), to dość zawiłymi ścieżkami po wielu, wielu
minutach dotarliśmy na miejsce, aby się dowiedzieć, że oni już
od dawna nie istnieją! Google by się przydała jakaś
aktualizacja, bo podobnie było w Langen, wiosce z EDY, gdzie po
ok. 20 minutach brodzenia w zimnie dotarliśmy do restauracji -
oni chociaż istnieli, ale byli zamknięci na cztery spusty. Nawet
mi się nie chciało całować klamki, bo bym do niej przymarzł. Z
jednej strony wyszło nam to na dobre, bo znaleźliśmy market
EDEKA (zdjęcie 24) - co polecam wszystkim przede wszystkim
słodycze (dostępne na polskim necie, choćby na Allegro), bo to
jest tamtejsza sieciówka i pod tymże szyldem produkują wiele
rzeczy (np. colę czy wielosmakowe galaretki w czekoladzie) - co
produkt to pycha! A weźmy chociaż standardowe rzeczy z
Biedronki, czy Lidla, produkowane pod ich marką. Szkoda gadać...
Tak czuję, że jakby EDEKA się otworzyła w Polsce, to na wejściu
podniosłaby ceny wszystkiego, ale przynajmniej zjebałaby skład i
zmniejszyła wagę identycznych rzeczy z ich rynku (chociaż
strucla serowa, jakiejś innej firmy tam kupiona była lekko
niestrawna - musiałem ją sam jeść [chyba za karę] i bez
przepijania by mi nie weszła)! Porażką, już pozamuzyczną, była
loteriada (ta późniejsza świąteczna, także) - miałem kilkaset
kuponów (nawet zdjęcie pierdyknąłem nie tak dawno temu), a to
wszystko przez ekspedientkę, gdzie przechodząc kupowałem w jej
kiosku kupon lotto (zawsze jest to pięć zakładów na chybił
trafił z plusem, 20 PLN). Niby ta loteriada była dołączona do
każdego kuponu, ale po znajomości dostawałem nawet kilkadziesiąt
losów do wpisania za każdym razem. Mając tyle kodów, losowania
codziennie mniejszych lub większych nagród, że nic nie wygrałem,
to chyba nie jest normalne, a być może i podejrzane. Afery z
tego robił nie będę, bo już makulatura poszła do kosza, co nie
zmienia faktu, że co najwyżej chuja wygrałem, a w porywach
gracza Pogoni Szczecin (Marian Huja). Innym zdziwieniem było,
jak w miarę schludnie ubrany (jak to w pracy) kupowałem w
SPAR-ze krokiety kiedyś, no i chciałem wziąć akurat 3 sztuki, co
ekspedientka popatrzyła na mnie i wycedziła: ale wie Pan, że one
są drogie! No cóż, wyszedł ze mnie menel... Na Napieprzanku w
Chmurach zdeptałem kilka osób (o dziwo, były to dłonie), bo za
późno się zorientowałem, że koncerty są siedzące, a niewiele
osób, w tym ja, stało i gdy chciałem się ewakuować do wyjścia,
to po rękach do celu. Na tymże wydarzeniu występowała
Hypovoalemia i do dzisiaj nie wiem, czy drzazga w stopie
(artyści byli na bosaka) to był element występu czy niefortunny
incydent? W Libercu na Sever Synth Fest (po nim to takie miałem
zakwasy, jak wiele lat temu, gdy próbowałem się wysrać w parku)
dwie niepokojące sytuacje podczas koncertu Suicide Commando - na
początku i na końcu występu. Najpierw o mało co nie dostałem
statywem od Johana (w Kielcach na występie zespołu Chryja jedna
z kobiet tak wymachiwała kijem bejsbolowym, że też o mało co nie
oberwałem, a tak w ogóle to pewien pijaczek próbował się dostać
na tą imprezę za darmoszkę, chyba za dziesiątym razem dopiero
odpuścił), a później jakaś wszawa czeska narkomanka wyrwała mi
telefon podczas nagrywania. Ale ogólnie miejscówka (bo całe
miasto jakby się zatrzymało na Havlu i Czechosłowacji) idealna,
setki miejsc do siedzenia, piwo za grosze i przestronna scena
wraz z zapleczem. Tylko, że trochę daleko, nieporęcznie i parę
przesiadek w Szklarskiej Porębie (ile oni tam nazw tego
miasteczka mają?). Na występie Entropii w krakowskiej Alchemii
(co ciekawe, naprzeciw znajduje się lokal... Entropia [zdjęcie
3], a na zdjęciu nr 4 komuś obiad nie podszedł, ale za to
wyszedł w Alchemii; swoją drogą słyszałem, że jest wielka moda
na przesiadywanie w tym lokalu [koncerty w piwnicy] - wypada tam
bywać, chociaż to klitka jest i nic nadzwyczajnego) nawet w ruch
poszedł gaz łzawiący, bo niektóre osoby nie zachowywały się, jak
przystało na koncercie. Ochroniarz (w kwiecie wieku) wyprowadził
ich grzecznie przed lokal (podobno nadal się awanturowali) i
potraktował sprayem po ryjach, co już tylko płacz im pozostał i
wołanie mamy. W krakowskim klubie SNY (a jakże, w piwnicy także,
ale jeszcze w tej starej lokalizacji - na placu Wszystkich
Świętych) grzyb i tynk odpadał z sufitu, więc podstawkę pod piwo
trzeba było umieścić na szklance, ażeby nie mieć później
niechcianej wkładki. Grzybami tez jebało na koncercie Temperance
w VooDoo, ale nie do omdlenia - tak nawet milusio, jak czasami
zza szafy nie odsuwanej od Gierka od ściany. Na Kontravoidzie w
Hydrozagadce też było uroczo, bo ktoś zajebał maskę Cameronowi i
wystąpił bez zasłaniania twarzy, co się chyba nie zdarza za
często. Okolice kibla także były interesujące - zdjęcia
11,
12 i
13.
Jedno z najdziwniejszych miejsc, to był dwudniowy festiwal Goth'n'burg w Wałbrzychu. Pojechaliśmy tam od razu z Wrocławia,
gdzie byliśmy na Drab Majesty (ciężko w hotelu było się wydostać
z kibla - zdjęcie 14) i (ja po raz pierwszy) na hard-techno w
tamtejszym Transformatorze! I jeśli hard, to rzeczywiście było
HARD (po czym poznać metala na takim wydarzeniu, czyli mnie? że
napierdala baniakiem w rytm "Dittohead" Slayera), bo w
przeważającej większości czasu było samo techno, co mnie
usypiało bardziej niż filmiki Marianny Schreiber, bo ja lubię
tańczyć (zdjęcie 17), i to jest dziki (zdjęcie 18) taniec
(zdjęcie 36). Do Transformatora dotarliśmy jak już się to
wszystko zaczęło i wtedy występowała Laura Palmer na secie
dj-skim, nie powiem, spodobało mi się, więc miałem ochotę na
więcej - z pozycji czasu się okazało, że to był najlepszy występ
tej nocy (a było, jak mnie uświadomiono, masa gwiazd), reszta
to... No nie dla mnie takie miękkie granko, bo jeśli techno to
jedynie harde! Wracając do Wałbrzycha - my byliśmy tylko na
drugim dniu - całość odbywała się w lokalu A'Propos, gdzie także
nocowaliśmy i się stołowaliśmy - wszystko pod jednym dachem. W
tym samym czasie odbywała się jeszcze jakaś inna impreza
(urodzinowa?) na piętrze, więc się ludzie kręcili, wchodzili i
wychodzili z lokalu... przez środek "tłumu" koncertowego. I
nawet parę osób zaciekawił występ H.EXE (niektórzy z czerwonymi
opaskami z góry nawet zostali do końca, choć jeden z nich
rozjebał piwo i pozamiatał butem całe szkło pod ławę). Nie ma to
jak zamawiać o 3.00 (jedyny wtedy czynny lokal w mieście o tej
porze) w nocy falafele i frytki (w Rybniku w sumie było
podobnie, choć trochę wcześniej, ale za to była pizza i cyrk z
dowozem; ja dojeżdżałem z Łodzi, wtedy to też pobiłem swój
rekord - nie jadłem nic ponad 24h), ale ogólnie to lekki chaos
był. W tym roku widziałem, że inna miejscówka jest, ale już
raczej nie jedziemy. Osobny post musiałbym poświęcić opolskim
imprezom Johny'ego Yula - Songs For The Dead Horses i Zaboböny
(ale, że nie ma czasu i miejsca, pozwolę sobie tylko
zareklamować te dwa odlotowe i kultowe show!). Absolutne
szaleństwo (szczególnie konie; szkoda, że w tak niefortunnym
terminie co roku, gdzie odbywa się Festiwal Piosenki Polskiej i
są zerowe szanse na nocleg), co z góry zakładałem, że tak
będzie, więc się przygotowałem (zdjęcie 15). Zapewne w tym roku
na tych dwóch eventach się także pojawimy, więc tylko dla
przypomnienia tekst z tejże okazji, jaki wysmażyłem w pociągu
jadąc na KONIKI:
Dzień dobryczesy! Chomątem Odry w Opolu nie zawrócisz, ale na
festiwal musisz pognać kłusem! W tym roku końferansjerami będą
Roman Ogiertych i Grzegorz Prychowiak, a wystąpią same hejtowane
GWIAZDY: Maryla Rodeowicz, Bryczka Suflera, Prrrrfect, Patatajs
Lost, Michał Wiśtaniewski i Ichachacha Troje, Końbranocka, Heyta,
Paweł Kucykiz, Galop uOrkiestra, Źrebakuk, Cwały Jagiellońskie,
Dawid Podsiodło, Poparzeni Podkową Trzy, Stajnia Borys, Łobuzdy,
Ogonorganek, Zaprzęgopower, czy inny dubstęp grany przez
dżokejów. Bo, jak to w znanym przysłowiu: kopyta, nie błądzi!!
p.s. tegorocznym hymnem został utwór "Nie klacz Ewka"...
Najbardziej się zmachałem na występie Larmo, gdzie cały set
przetańczyłem w kościelnym uniformie (wiKARY) i w masce konia!
Na Zabobönach (moje najnowsze artefakty -
zdjęcie 20) to już był
nasz totalny odpał, nie tylko byłem księdzem (już wyższej
rangi), to jeszcze miałem siostrę zakonną (zdjęcie 21). Był
także kielich, rozdawana była z niego hostia, a także zbierana
ofiara, czyli wszystko w normie normalnego koncertu! A jakie
koncerty/wydarzenia mnie olśniły? Za stary jestem, aby się
wzruszać, ale moje dziewicze obcowanie z Godflesh, Leaether
Strip (zdjęcie z Clausem!), Data Void (i w ogóle całe
Machineries - zdjęcie 22) i Defibrylatorem (Bossman z Anal Tondy
zamknął miejscówkę, więc edycja 2026 stanęła pod znakiem
zapytania - jednak udało się znaleźć inną lokalizację; see you
later defibrylator). No i powyższa świrownia spod znaku Johny
Yula. Z wyborem najchujowszych koncertów już takiej zagwozdki
miał nie będę - ze względu na organizację: Autechre w Progresji
(mega ukrop; organizatorzy sprzedali chyba 120% biletów, dobrze,
że nie układali ludzi w poziomie na głowach stojących; egipskie
ciemności, zamknięte drzwi, merch na poziomie jednego rodzaju
koszulek i to w rozmiarach z sieciówki SMYK). Ciekawe jak się
czuli Ci, co byli tuż tuż przy barze (ścisk i mega kolejki), gdy
nagle zgasło światło i koniec handlu alkoholem. W tym samym
czasie Mayhem grał na letniej scenie, nawet miałem dylemat gdzie
się pojawić i wybrałem chyba najgorzej jak się da. Druga (i
chyba ostatnia) porażka to Current 93 w Palladium - tam to nie
120%, a 180% biletów poszło (na Marilyn Manson w Torwarze niby
też był sold out, ale było tyle wolnego miejsca na płycie, że
szok)! Zajeb ludzki jak na Autechre (aż dziw, że to dwaj różni
organizatorzy), ból dupy do dzisiaj czuję od siedzenia na
"balkonie". Wiele osób stojących na zewnątrz, bez szans na
obejrzenie koncertu. To była jakaś apokalipsa i testowanie
ludzkiej wytrzymałości. Ubrany instynkt przetrwania...
Największą konsternacją była dla mnie sytuacja z hotelu Villa
Plaza (Warszawa) podczas śniadania między koncertami Diary Of
Dreams i The Halo Effect/Pain (w tym przypadku ktoś
przeszarżował i pomylił support z headlinerem), zajadając się
przy szwedzkim stole, ubrany w t-shirt Martyrmachine, nagle
spostrzegłem parę schodząca z góry i gościa w... identycznej
koszulce Martyrmachine! Cóż za zbieg okoliczności! Aż żałuję, że
sobie nie zrobiłem z nim fotki... Co by to były za wypady
koncertowe bez alkoholu - preferujemy na nich jedynie piwo i ono
jest... dość zróżnicowane. I smakowo i cenowo - zdecydowanie
(nawet nie pamiętam ceny, gdyż to nie ja je kupowałem) najgorsze
było na koncercie Marilyn Manson (warszawski Torwar; w 2026
także MM w Polsce, tym razem w łódzkiej Atlas Arenie, ale nie
wiem, czy się wybierzemy - co kilka lat jak do nas przylatywał
Brian, to było wydarzenie, a teraz: rok po roku?). To nawet nie
było piwo i nawet nie było ohydne, to była woda zabarwiona na
kolor piwa. Po sześciu kubkach pewnie bym wydmuchał 0,1 promila.
Najtańsze (i to z butelki, nie z kega) było w Opolu (Wyjście
Awaryjne, Holba) - 10 PLN i w Krakowie (Garage Pub, Okocim) - 11
PLN - także butelkowe, ale dawno już tam nie byłem więc mogło
się coś zmienić w tej kwestii. I to jest uczciwa cena, choć
szczytem (moich) marzeń byłby litr pilsa lub lagera (a nie
jakieś kolorowe uryny) wliczony w cenę biletu! Oryginalny
Budweiser Budvar jest za to w kieleckim Chicago (zdrówka
Orzeł!), a w Czechach jest piwo tak tanie (na koncercie 24 PLN
za dwa kubki 0,5l), że bardziej niż wodę opłaca się je pić.
Wkurwiają jedynie kolejki i wymyślacze (ja ich nazywam RzTP [erzetypy]
- Rolex z TEMU People), jakiego by tu drinka wziąć - i tak stoją
i blokują kolejkę. Ale najbardziej komiczną sytuację przeżyliśmy
czwartego lipca. Wtedy to byliśmy w klubie Confession (Kraków)
na Milczeniu. Klub ten akurat stracił licencję na alkohol i
czekał na jej odnowienie. Koncert bez alkoholu? No nie może być,
zasięgnęliśmy internetowego języka i się okazało, że za opłatą
na różne imprezy można wnieść swoje alko. Akurat tutaj był
koncert biletowany, więc można było nawet wnieść tira piwa
(swojego) i jeszcze go przechować w klubowej lodówce (wszystko
za free)! Za 31 PLN zakupiliśmy dwa czteropaki EB w pobliskiej
Żabce i było to najtańsze picie koncertowe ever. Wątpię, by się
to kiedyś powtórzyło, bo kluby krakowskie już są olicencjonowane
i sprzedają piwo po normalnych cenach, bez możliwości wnoszenia
z zewnątrz swoich cymesików. Dla świętego spokoju zakupiłem
wtedy Red Bulla i tak to się bawiliśmy za grosze. Ale to jeszcze
nie był koniec dnia. Poszliśmy na rave'y/techno do klubu STK 47,
i tam też było interesująco. Przy barze można było jedynie kupić
piwo bezalkoholowe, ale... Po wyjściu z terenu klubu stał
kontener, gdzie w jego okienku to bezalkoholowe już mogliśmy
wymienić na normalne, czyli alkoholowe! Takie cuda tylko w
Krakowie, i to tego samego dnia! Na Alfah Femmes w klubie RE
podbił do baru jakiś studenciak: najtańsze piwo proszę - za
grosze też się można bawić! Za to na Leaves' Eyes były rozdawane
shoty stojącym najbliżej barierek - genialny pomysł! Aczkolwiek
zbroja wokalisty wyglądała jak nieudany (a są jakieś udane?)
zakup z TEMU, a na merchu wszystko było bezcenne, bo nie było
żadnych cen... Jadąc na Sznura do Krakowa pewna dama całą trasę
we Flixie spędziła w kiblu wyrzygując chyba jeszcze mleko matki.
Mi niewiele brakowało (tylko, a co tam, biegunka) na koncercie
Godflesha. Zaordynowałem, że przed industrialnym świętem idziemy
coś zjeść, jak najbliżej, do baru mlecznego i zostałem pokonany
przez surówkę z kiszonej kapusty. Sranie miałem nieziemskie, a
najgorsze było to, że dzień później byliśmy w Opolu, gdzie
kontynuowałem wypróżnianie, pewnie z 10 metrów jelit mam mniej
po tych wysrywach. Ale żebym coś schudł, co to to nie! Gehenną
był tez obiadek przed Jude (Mechanik, Warszawa), gdzie trzeba
było gorącą kałużę z dżdżownicami wsuwać pałeczkami. Po Brighter
Death Now odwiedziłem bar przy Dworcu Zachodnim - złamałem dwa
razy plastikowy widelczyk na kotlecie schabowym, taki byłem
głodny! A tak w ogóle to Peter Andersson (Raison D'Etre) tak się
zasiedział na backstage'u (chyba mu się tam bardziej podobało),
zapominając o swoim występie, że trzeba było go wyciągać
niemalże siłą na scenę. A co tam jeszcze w muzycznym światku się
wydarzyło, o czym warto by wspomnieć? Wydaje mi się, że gitara w
System Noire (grającym przed Nachtmahr) szła z playbacku -
stałem dość blisko i coś mi nie pasowało. Warto by było się
zastanowić nad wydaniem płyty/kompilacji industrialnych intro
zespołów metalowych - zazwyczaj po nich (jakaś minuta z hakiem)
muzyka się zdecydowanie pogarsza. Gitarzyście Weedcraft na
koncercie w Kielcach poszły dwie struny, jedna za drugą, to
dopiero pech. VVV [Trippin'you] (zdjęcie 9, po koncercie - moje
marzenie, aby się zaszyć z tym cudownym napojem na tydzień lub
rok [Bar Van Binh przy autobusowej wersji Dworca Zachodniego])
chyba przywieźli swoich fanów pekaesami, bo się nagle zaroiło od
Hiszpanów, ale i tak zagwozdkę miałem po przyjechaniu do Kielc,
gdzie dworzec był zamknięty (jakieś remonty) i trzeba było
skakać przez barierkę, aby z niego się wydostać - dobrze, że się
przy tym nie zabiłem, a jedynie zesrałem z wysiłku. Szacunek dla
innych osób, które były z mniejszymi lub większymi tobołkami...
Na Defibrylatorze podczas występu Der Verlorene Faden artystkę
tak poniosło, że zaczęła rozpierdalać wszystko dookoła, a ja
odczułem (sala w pełnej ciemności, jak na Autechre) jak
rozkurwia butelkę o podłogę - odruchowo zamknąłem oczy i to był
bardzo dobry pomysł, bo później szkło (jakim cudem aż tak
wyjebało w górę) wyciągałem z powieki zamiast z gałki ocznej. Mi
się marzy Defibrylator 3-dniowy z 50-cioma wykonawcami, a co
tam, jak szaleć, to szaleć! I bym się na pewno na taki spęd
wybrał, nawet kosztem własnego pogrzebu! Na Noise Waste (już 16.
edycja od Bartka Kalinki) Hanzo zagrał spontanicznie z
klarnecistą(?) z Wielkiej Brytanii(?). Znakiem rozpoznawczym
zagranicznego gościa było mniej materiału ze skarpet niż samej
skóry na stopach. W ogóle to w tej Klubojadalni Młodsza Siostra
jest fajosko, bo przyjezdni artyści dostają papu za darmo,
trzeba chyba zacząć plumkać na jakimś instrumencie i się
wkręcać, może nie na jakieś poważne granie, ale na pewno na
darmowe żarcie. Na Electronic Dance Art (gdzie we Frankfurcie
przeszedłem "płynnie" kontrolę na lotnisku [pozdro dla kumatych];
a tak w ogóle, to już się nie bije braw po szczęśliwym
wylądowaniu? bo wyszedłem na głupka je intonując - chciałem się
zrehabilitować w Uberze, po dojechaniu tez klaskałem, ale chyba
się jeszcze bardziej zbłaźniłem niż w Lufthansie) oprócz piwa
były pieczone kiełbaski i precle - cudownie to pachniało, ale
jak się nam już zachciało jeść, to się okazało, że wszystko
wyszło. Restauracja Na Wileńskiej - tutaj kelnerka okazała się
zbyt słaba (lub cwana) z matematyki. Do rachunku miała doliczyć
10%, więc musiała to sobie wszystko rozpisać kredkami świecowymi
na ścianie - wyszło jej z kwoty 250 PLN do zapłaty... 306! Już
nie oponowałem... W Piątym Domu (Katowice) to dopiero rozkosz
dla (mojego) podniebienia, strzelam z pamięci: stek z selera,
chrust z boczniaka, kotlet schabowy wegetariański i barszcz
Sosnowskiego (to ostatnie to już mój wymysł). Mniam, pisuar
lizać! Malezyjscy death-metalowcy z Humiliation okazali się
bardzo mili z taniutkim merchem, choć zagrać, jako gwiazda,
mogli trochę dłużej. Jadąc na nich miał miejsce ciekawy
przypadek w pociągu - w Kielcach ktoś tam pomagał siostrze lub
żonie wnieść bagaże i umiejscowić je nad głową, trochę z tym mu
zeszło, a że byliśmy już na musiku z czasem, pociąg ruszył, a
facet nie zdążył wysiąść. Ale za to wracając z Rybnika (HOYM)
austriackim pociągiem z Graz mogłem wreszcie poczuć komfort -
siedzenia były tak miękkie, że mógłbym nawet i do Berlina bez
wstawania jechać. Ale to był jedyny plus, reszta to jak z
polskich kolei lat 90-tych. W Gdańsku "zrobiliśmy" noise'y w
jedną dobę. Z powrotem był cyrk, bo czekaliśmy na jakiegoś
spóźnialskiego w Tczewie ze 30 minut (przez co ledwo się
wyrobiłem do pracy kilka godzin później), ale w drodze na
koncert poznaliśmy kontrolera, który nam bezpłatnie przebukował
bilety na Wrzeszcz, bo się dopiero po czasie dowiedziałem, że
stamtąd bliżej do klubu, Kolonii Artystów (zdjęcie 8 - gdzieś
spierdoliła spłuczka), ale za to dostaliśmy ulotki na pobyt w
Kołobrzegu - swój chłop. Zresztą na HOYM-ie (ciekawe, czy w tym
roku się odbędzie, podobno line-up jest już zabukowany w
całości) przydałaby się jakaś podwyższona scena - nie było
jakiegoś dzikiego i wielkiego tłumu, ale jakby się pojawił, to z
10-go rzędu nie byłoby w ogóle widać występujących. Taką samą
uwagę miałbym do klubu Tu i Ówdzie w Krakowie, ale że się zwinął
(ach, znowu ten grzyb), to tematu nie było. O.D.R.A przyjechała
do krakowskiego Zaścianka w sumie na styk, jak już się cały
event rozpoczął, a była możliwość, że się na Lasie Trumien
impreza zakończy. Chyba nawet bez grubszego soundchecku wyszli
na scenę. Za to miałem chrapkę na zakupy w Opolu (Pełzak), ale
że się zwinęli przed końcem wszystkiego, to niech żałują -
ogólnie ich występ też bym zaliczył do swojego topu 2025.
Guardiola sobie dorabia jako gitarzysta Coramine, wiedzieliście?
Na Scythe Of Sorrow myślałem, że mam omamy słuchowe -
wokalisto-gitarzysta po polsku nadaje do mikrofonu! Myślałem, że
już jestem tak zmęczony, że rozumiem fiński (z którego znam
tylko perkele i HJK Helsinki). Okazało się, że jest on Polakiem,
więc odetchnąłem - kolejna wizyta (i przeciąg w portfelu) u
specjalisty mnie ominęła. Na tym koncercie był przedziwny
telefon, odebrał go jeden z widzów i zawołał innego "do
słuchawki": mama dzwoni! Była kupa śmiechu, z przewagą kupy...
Na Srogie Grzmoty w lipcu dojechałem z konkretnym spóźnieniem,
bo był wypadek na S7 i najpierw staliśmy w korku, a później
musiał odpocząć spocony tachograf, więc utknęliśmy na MOP-ie. W
45 minut jednak da się ojebać pół paczki papierosów! Z paleniem
to też ciekawie - coraz mniej wydzielonych pomieszczeń dla
palaczy, trzeba kombinować, najgorzej w zimę, gdzie trzeba wyjść
na zewnątrz i fajczenie nie sprawia już żadnej radości. W Opolu
znajduje się restauracja Maska, gdzie jest ogromna część
wewnątrz lokalu tylko dla palących. I się zje i się popali...
Opole, tam rządzi hotel Weneda i sobie jeździmy tam czasami
nawet na zespoły, na które w Kielcach bym się nie wybrał (oj,
taki żart), żeby tam poleżakować. A komfort jest, i to jaki! W
cenie pokoju z balkonem (palenie!) jest basen i sauna.
Oczywiście czynna restauracja i śniadania ze stołu szwedzkiego
(tutaj na minus Aparthotel Krzywa Kamienica w Łodzi - choć był
mini balkon [z pochwycikiem od zewnątrz do zamykania, szacun!],
to wykupione śniadanie było jedynie z karty menu, więc można
było wybrać tylko jedno z dań, a jak się nie najadłeś człowieku,
to sobie dokup!). Tyle, że przy pierwszym pobycie już tam sobie
przewaliliśmy surowo oceniając (nie ja, nie ja!) tamtejsze piwo
regionalne - no, ale żeby je przyrównywać do randomowego z
Żabki, to nie przystoi! Byliśmy już tam na cenzurowanym, ale
parówki ("ale to jest sześć frankfurterek") były na śniadanie,
więc ja już jestem ukontentowany! Mogliby wymienić stolik w
jednym z pokoi (zdjęcie 7). Ale najbardziej wstydliwym (czy ja
wiem?) paleniem był katowicki Hotel Senator (tam robiliśmy
dwudniowy rekonesans: m.in. Ministry, Obituary, Machine Head,
Fear Factory, Mastodon [gdyby Brett nie odchodził, to by jeszcze
żył] - piwo po 20 zyla [0,4l szczyn], kubek 10 zyla kaucja -
niedługo przewyższy cenę piwa). Specjalnie wzięliśmy pokój z
balkonem, a to jakiś chyba hotel robotniczy był, czy
mieszkaniówka dla wysiedlonych z Burundi - na wejściu dostaliśmy
info na recepcji, że jest... zakaz palenia na balkonie! No, ale
jak to, przecież tylko dlatego go klepnęliśmy! Na ucho
dostaliśmy jednak cynk, że jak będziemy palić dyskretnie, to
jednak możemy. Dyskretne palenie? Mam nie wypuszczać dymu i
połykać później peta? Nie było oczywiście popielniczki, ale jak
się bardzo chce... W pobliskim Lidlu zakupiliśmy plastikowe
arcydzieło dla dzieciaków, do moczenia chyba pędzla (bez
skojarzeń!) i żeby się nie wylewała woda, to w środku
wgłębienie, wtedy się nie wydostanie żadna ciecz, nawet po
przewróceniu. Sobie pomyślałem, co by nie wziąć jednego kubełka
do domu i tak częstować napojem dzieci: co, nie leci? Finalnie
popielniczkę zrobiliśmy z pojemnika od szczotki do czyszczenia
kibla i było gites! A patrząc na innych palaczy, co to nie
wiedzieli, czy jesteśmy gośćmi czy z obsługi, jak nas tylko
widzieli, to gdzieś chowali palące się pety. W warszawskim
przybytku o nazwie Niebo to dopiero palarnia ewoluuje. Nie
jestem tam zbyt często, ale najpierw się szło po schodach do
specjalnego pomieszczenia i w ciemności jarało, później palarnia
była na zewnątrz na niewielkiej przestrzeni przez co stało się w
kolejce, aż ktoś zwolni tam miejsce. Ostatnio już było
przeidealnie. Na górze, w oświetlonym(!) pokoju, masa
popielniczek i sofy do siedzenia. Aż szkoda, że tak rzadko tam
jestem, bo w sumie to się tam za dużo w mojej muzyce nie dzieje
(niebawem będzie tam Broadrick i jego JK Flesh więc się znowu
obada sytuację nikotynową). Warto jeszcze wspomnieć (ech, żebym
wszystko spamiętał, o czym chciałem napisać) o przemiłym
spotkaniu z legendą polskiego industrialu (jak dla mnie), czyli
z Adamem Białoniem i krótkiej pogawędce po koncercie The Young
Gods. Past Glories, które zagrało w kieleckim Chicago to dopiero
międzynarodowy skład: Szwedzi, Amerykanin i Hiszpan. Zagrali
sami, bez suportu i było dziewięć osób na widowni u mnie w
mieście. To i tak dobrze, bo podobno w Krakowie było czterech
chętnych. Jeszcze słówko o Wrocław Industrial Festival (Portion
Control wlatuje do mojej topki!) - pewnie w tym roku się także
wybierzemy, choć apartamentu już tego, co w ub. roku raczej nie
wyhaczymy - nie było możliwości wykupienia śniadań (bo to nie
hotel), ale to nawet lepiej, bo wyposażone nasze mieszkanko było
dosłownie we wszystko! Aż się zastanawiałem, czy nie ma gdzieś
ukrytego trenażera i stołu do snookera. Po pierwszym dniu
(byliśmy na całości) przekalkulowaliśmy, że schodzimy z
koncertów (zazwyczaj to była druga w nocy), robimy wielką
kolację, wpierdalamy jak świnie do porzygu, i budzimy się
dopiero na obiad. I tak dzień po dniu, sprawdziło się idealnie,
polecam! Mam nadzieję, że w tym roku na WIF-ie (dzięki, że ktoś
pomyślał o wyjebaniu żetonów kaucjowych) będzie trochę więcej
miejsca do posiedzenia, bo się zawęził, i to znacznie, ten jakże
ważny segment całego festiwalu. Z kolei na Massacre, którego nie
nagrywałem, to się bawiłem jak już nie pamiętam kiedy - jak
sobie przypomnę bąble na stopach teraz, to już chyba wolę
statecznie nagrywać koncerty. Po całym tym metalowym rozpierdolu
poszliśmy coś zjeść do Burger Kinga (w Langen tylko to było
otwarte, przy stacji benzynowej), a tam awantura! Policja aż
przyjechała, bo kogoś tam nie chcieli wpuścić, były krzyki,
przepraszanie, na nudę nie narzekaliśmy. Najbardziej kuriozalnym
występem był... I tu pominę nazwę zespołu, bo to nie będzie
laurka. Spóźnili się 15 minut, co akurat nie jest jakimś grubym
przegięciem. Czekając na wokalistkę, lekka szydera szła ze sceny
od muzyków w stylu: pewnie nie wie, jaką kieckę założyć. Podczas
grania zjebał się mikrofon, a basista (chyba za całość
odpowiedzialny) nie mógł dojść gdzie leży usterka. Cały występ
się przedłużył masakrystycznie i mimo awaryjnego mikrofonu...
zagrali bis, w którym mikrofon znowu się, co za zaskoczenie,
zepsuł. Ale kulminacją tej tragikomedii było podejście
wokalistki z mikrofonem (tak, tak, tym spierdolonym) do widowni
(chyba, żeby wszyscy zaśpiewali z nią), gdzie w tym samym czasie
reszta zespołu... skończyła grać! I jeszcze kilka słów o Libercu,
bo to była wyprawa (życia) w nieznane. Czterodniowe tournée
(Kraków, Liberec i dwa razy Warszawa), a komplikacje zaczęły się
już w Szklarskiej Porębie - tak dowaliło ludzi, że ledwo się
dało stać. Na szczęście prawie wszyscy wysiadali w Polanicy
(następna stacja), więc zrobił się luz, jakiego potrzebowaliśmy.
Z powrotem, ruszając z Wrocławia, zrobił się niezły zamęt z...
psami. W przedziale obok słychać było tylko przeklinanie
jakiegoś gościa i ujadanie czworonogów. Się okazało, że ktoś
jechał z mopsem, ale ten widząc innego pieska, taki był wyrywny,
że oswobodził się ze swojej torby, chcąc pobawić się ze swoim
druhem. Tyle, że właściciel tamtego nie był tym zainteresowany i
poszły nawet jakieś kopniaki odstraszające. Mopsa przygarnął
ktoś z naszego przedziału, bo w tym wszystkim chaosie zabrakło
kluczowej osoby - jego właściciela. No i tak sobie siedzieliśmy,
każdy miał jakąś teorię (najpopularniejsza była o podrzuceniu
psa), mops był mega wystraszony, a pociąg ruszył. Dopiero po
kilku minutach przyleciała jego Pani, też w szoku, bo gdzieś tam
coś załatwiała w wagonie konduktorskim. Tak więc sprawa
skończyła się bardzo dobrze, choć z psiej sierści koleś, który
trzymał pieska na rękach, do dzisiaj pewnie czyści sweter. Tak w
ogóle to będąc już w Libercu, chciałem coś pozwiedzać (oprócz
stadionu Slovana [zdjęcie 29], na którym pojawiliśmy się o dzień
za wcześnie - w następnym miał się odbyć mecz ligowy z Karviną,
który pewnie byśmy zaliczyli [zdjęcie 38]), ale za bardzo nie
było co. Snuliśmy się więc w poszukiwaniu jakiejś ekskluzywnej
restauracji, a ja pstrykałem fotki:
- zdjęcie 26 : dworzec PKP w Libercu to zabytek klasy minus
siódmej - nawet nie można było przymknąć oka na ławeczce w
środku, bo tamtejsi sokiści zakazywali spania (jakbyśmy
wyglądali na jakichś czeskich lumpów) i od razu ruszali w Twoją
stronę, a mieliśmy pociąg dopiero za klika godzin; o przydziale
peronu do pociągu dowiaduje się każdy 15 minut przed odjazdem -
fajno, jest dreszczyk emocji;
- zdjęcie 27: mistrzowie reklamy, choć lekko rozjechanej;
- zdjęcie 28: tłumacząc na polski: rozjeb swoją karierę u nas (darmozjady.cz);
- zdjęcie 30: pomnik nieznanego Mercedesa;
- zdjęcie 31: akurat tą fotkę miałem już wrzucić wcześniej z
adnotacją, że paliwa takie drogie w Polsce, ale nie chciałem już
kopać ryżącego;
- zdjęcie 32: było tylu rodaków w Libercu (na EDA w Langen to
chyba tylko my we dwoje reprezentowaliśmy Polskę), że wszystkie
komunikaty były także w naszym języku;
- zdjęcie 33: szukaliśmy dość długo Maćka, ale bez powodzenia;
- zdjęcie 34: ileż można mieć przerw na donuta i kawę?;
- zdjęcie 35: czeski system antykoncepcyjny.
Slovana, niestety, nie widziałem w akcji, ale i tak bardziej
kocham polskie kluby piłkarskie, że wymienię te moje
najulubieńsze: Koronawirus Kielce, Skisła Kraków, Ospa Opole,
Ssał Mielec, Nowotworów Częstochowa, Kał Krowi Kraków, Pleśń
Poznań, Wiśta Wio Płock, Srał Stalowa Wola, Pieczyste Kraków,
Śmieć Legnica, Puszcza Się Niepołomice, Kenkarta Poznań,
Podbrzusze Bielsko-Biała, Swądecja Nowy Sącz , Klęska Wrocław,
Ruchaj Chorzów, Dej Zabrze, Zadupie Lubin, Klechia Gdańsk,
Szparka Gdynia i Dresovia Rzeszów. Ktoś by zapytał: to po chuj
się tak męczysz z tymi wyjazdami, zamiast w domu siedzieć - no
cóż, każdy ma jakąś pasję (czyt. [z hiszpańskiego] paschę) w
życiu. Power Carnage I (zdjęcie 23) to osobna historia, mógłbym
się o tym rozpisać wcale nie krócej niż teraz, ale nie wiem, czy
mi się chce, w każdym razie (nie)pozdrawiam dwóch pijaczków,
którzy wpadli do nas na występ i o mało co nie rozjebali sprzętu
Sznura. No i na koniec, crème de la crème, dla tych co dotrwali.
W wolnym czasie byłem na rozmowie kwalifikacyjnej o pracę, w
renomowanej firmie międzynarodowej i trochę się załamałem po
wyjściu, bo chyba oblałem testy. Mieli oddzwonić, a tu mija już
trzecia godzina i cisza! A wywiad wyglądał mniej więcej tak
(myślnik w środku to moja skromniuteńka osoba):
1) - Jaki byłby najlepszy tytuł horroru drobiowego?
- "O ja pierdolę, kogut w rosole!"
- Dobrze! Choć miałem na myśli tytuł: "Laleczka KurChucky".
2) - Jeśli Twój kolega jest wierzący, a jednocześnie uzależniony
od hazardu i ciągle przegrywa, jak możemy się do niego zwrócić?
- ...
- Chyba Cię buk(macher) opuścił.
3) - Jak się nazywają marki Coco Chanel i Louis Vuitton dla
ubogich?
- ...
- Coco Beszamel i Louis Bidon.
4) - Jak nazwiemy żula udającego Malika Montanę?
- ...
- Malik Metanol.
5) - Jak nazywa się mała małpka paląca papierosy?
- ...
- Kiepucynka.
6) - Jak na język polski przetłumaczyć muzyczny skrót EBM?
- ...
- Ewa Bem.
7) - Jaki jest ulubiony wykonawca muzyczny psów?
- ...
- Joe Cocker Spaniel.
8) - A ulubiony wykonawca muzyczny starszych osób?
- ...
- David Zbowied.
9) - Jak nazywa się najbardziej gówniany gatunek muzyczny?
- Disco Polo?
- Nie! Elektronikał.
10) - Jak nazywa się wyszukiwarka dla biedaków i bezrobotnych?
- ...
- Google MOPS.
11) - Jak nazywa się największy gangster sztucznej inteligencji?
- ...
- AI Capone.
12) - Jak powitasz koleżankę, która zaszła w niechcianą ciążę i
Cię odwiedziła?
- ...
- Super, że wpadłaś.
13) - Jakie miasto słynie z operacji na napletku?
- ...
- Stulejówek.
14) - Jak potocznie nazywamy PornHuba czy Only Fansa?
- ...
- Przedsiębiorstwo wielobrandzlowe.
15) - Co oznacza skrót BHP?
- Teraz to ja już niczego nie jestem pewny…
- Bezpieczeństwo Hamuje Pracę.
16) - Jakie jest hasło przewodnie jednej z największych polskich
radiostacji?
- ...
- Radio Zet i guz!
17) - Jak jest po angielsku spichlerz?
- ...
- Speechless.
18) - Jakby Skinny Puppy pochodzili z Indii, jak nazywałby się
gatunek muzyczny, który by grali?
- I drone understand...
- Hindustrial.
19) - Jaka jest, potocznie, najbardziej popularna jednostka
miary objętości w Polsce?
- ...
- "Chuja jest" i "w chuj jest".
20) - Jakby Janusz Kowalski posiadał konto, to w jakim banku?
- ...
- mdzBank.
21) - Co wyjdzie z połączenia refleksji i depresji?
- ...
- Represja.
22) - Jak nazywał się Red Bull we wschodnich Niemczech, jak
jeszcze istniały?
- ...
- Enerdetyk.
23) - Jak nazywa się szampon narodowców?
- ...
- Nazioral.
24) - Jak nazywa się ugoda/porozumienie między końmi?
- ...
- Końpromis.
25) - Jak się nazywa kraj, który jest najbardziej do dupy?
- ...
- Asstonia.
26) - Jak się nazywa nowotwór Apple'a?
- ...
- iRak.
27) - Jak się nazywa "renomowany" żul spod spożywczaka?
- ...
- Meneldżer.
28) - Jeśli ktoś wyznaje zasadę, że seks tylko po ślubie, to co
ma taka osoba zrobić na tinderze?
- ...
- Szukać jedynie mężatek.
29) - Jakby PornHub kręcił remake filmu „Sami Swoi”, to jaki
byłby tam kultowy tekst?
- ...
- "Kargul, podejdź no do fiuta".
30) - Jak połączyć największy hit zespołu Wilki z największym
hitem Jana Pawła II?
- ...
- "Barka miała fajny biust...".
31) - I, ostatnie, jak nazywa się żona blacharza?
- ...
- Blachara.
I tak to było, nie kłamię...
Oczywiście pozdrawiam wszystkich dobrych ludzi, których
spotkałem w 2025 r. po raz pierwszy i tych, z którymi po raz
n-ty mogłem pogadać. Peace!
ps.1: zespół Oberschlesien, wbrew nazwie, nie jest z Kielc!
ps.2: idealny rezerwowy wkład na Autoscopy, sprawdź to, Wojtek
(zdjęcie 25)!
ps.3: i pamiętajcie, żeby się nie przejęzyczać na koncertach,
jak mi się to kilka razy zdarzyło:
- jeszcze jeden -> zamiast: jeszcze jeden???
- napierdalać! -> zamiast: wypierdalać!
- [do wokalisty] pokaż dupę -> zamiast: pokaż dupę swojej matki.
- [do wokalistki] pokaż, na co Cię stać -> zamiast: pokaż cycki.
…i nie powtarzajmy stereotypu: gruby na bramkę, baba na bas!
ps.4: na koniec muszę się pochwalić swoją kolekcją (może się
ktoś odnajdzie) wlepek koncertowych (i nie tylko) - brakuje już
powoli miejsca w kiblu (zdjęcia
39,
40,
41,
42,
43 i
44);
ps.5: takie tam, jak zostaliśmy złapani w VooDoo (zdjęcie
45 i
46);
ps.6: 10.01.2026 w Krakowie start nowego sezonu koncertowego,
yeah! |